Światowy kryzys gospodarczy

Autor | Dodano
Kategorie: Kryzys finansowy | Tagi: , , , ,

Ks. Paweł Rozpiątkowski

Już niedługo do dzisiejszej walki o surowce energetyczne może dojść walka o wodę pitną, której zasoby się wyczerpują. Światem musi zacząć rządzić moralne sumienie, a nie rynek.

Panują rozbieżne opinie, jak długo może potrwać, ale dziś już nikt nie kwestionuje, że niemal wszystkim dokuczy. Politycy dwoją się i troją, aby zminimalizować jego skutki. Zdaniem przedstawicieli Kościoła, proponowane recepty są jak wlewanie nowego wina do starych bukłaków. W końcowym efekcie i wino przepadnie, i bukłaki.

Stanowisko Kościoła

Cóż Kościół może mieć do ekonomii? W seminariach tego nie uczą. Duchowni zazwyczaj się tym nie zajmują, a mimo to o kryzysie finansowym mówi bardzo często Papież, wtórują mu kardynałowie. Do ekonomicznych perturbacji odnoszą się w listach pasterskich episkopaty i biskupi jak świat długi i szeroki. Tematu nie omijają również księża na ambonach. Dlaczego duchowni przyznają sobie takie prawo? Ponieważ u podstaw modeli ekonomicznych powinien stać system moralny. Współcześnie zaś rządziło nimi zaprzeczenie moralnych reguł, czyli strach i chciwość. Amerykańscy biskupi w liście do administracji prezydenta Busha, diagnozując przyczyny kryzysu, który zaczął się właśnie za oceanem, stwierdzili, że doprowadziły do niego złe zachowania i praktyki ludzi. Wskazali na chciwość, spekulanctwo, wyzysk najsłabszych i niegodne praktyki. Ekonomia zatem powinna być nie tylko skuteczna, ale także sprawiedliwa. Zresztą, bez moralnych podstaw nie będzie nawet skuteczna, przyniesie jedynie cierpienie najsłabszym, co pokazują najnowsze wydarzenia gospodarcze.

Przewidział kryzys

Niemal ćwierć wieku temu Papież Benedykt XVI, wtedy jeszcze kard. Joseph Ratzinger, w jednym z wykładów na temat relacji Kościoła i ekonomii mówił: „Staje się coraz bardziej oczywiste, że rozwój systemów ekonomicznych, które koncentrują się na dobru wspólnym, zależy od zdeterminowanego systemu etycznego, który znowu może być «zrodzony» i podtrzymywany przez silne przekonania religijne”. Religia dla ekonomii jest więc niezbędna. Bez niej systemy ekonomiczne, choćby o szczytnych celach, chcąc jak najlepiej, kończą zawsze źle.

Na krótką metę

Co więc mówią hierarchowie? Coś zupełnie innego niż polityczni liderzy. Ci zazwyczaj nawołują do tego, by nie zmieniać konsumpcyjnych przyzwyczajeń i dotychczasowego stylu życia, a wszystko – przekonują – wróci na stare tory. Sprowadzając te wypowiedzi do jednego mianownika, hierarchowie zgodnie mówią, że panujący model społeczny, którego głównym motorem była wściekła pogoń za zyskiem, na naszych oczach zbankrutował, a pompowanie dla jego ożywienia niewyobrażalnych pieniądzy bez zmiany samych fundamentów skończy się znowu źle. Biskupi z Japonii otwarcie skrytykowali „fundamentalizm rynkowy”, w którym rządzą zasady wolnego rynku bez żadnych moralnych norm. Najostrzej wypowiedział się brytyjski kardynał Cormac Murphy-O’Connor, który na charytatywnym przyjęciu powiedział wprost, że w 2008 r. „kapitalizm umarł” – czym wprawił w osłupienie siedzących na sali biznesmenów oraz naraził się na krytykę polityków i wtórujących im mediów, które przecież też są częścią gospodarki i działają na takich samych zasadach.

Praktycznie wszyscy hierarchowie zgodnie podkreślają, że aby było dobrze, musi zmienić się człowiek. Tak jak od dwóch tysięcy lat mówi Ewangelia – chodzi o nawrócenie. To dlatego metropolita Paryża kard. André Vingt-Trois mówił niedawno o konieczności zmiany stylu życia, bo obecna sytuacja pokazała czarno na białym, że nie wszystko człowiekowi wolno.

Trudno wśród polityków znaleźć dziś męża stanu, który nie myśli w perspektywie jednej kadencji, ale wychodzi na lata do przodu. Z pewnością właśnie dlatego proponowane recepty starają się w jak najkrótszym czasie naprawić usterkę, w obawie przed spadkiem poparcia, bo – jak wiadomo – łaska wyborców na pstrym koniu jeździ. Rządzący z niepokojem patrzą na wydarzenia na Łotwie, Litwie, w Wielkiej Brytanii czy w Rosji, gdzie na ulicach pojawiają się zapomniane od kilkunastu lat manifestacje.

Cztery kryzysy

W przemówieniu do dyplomatów akredytowanych przy Stolicy Apostolskiej Benedykt XVI mówił: „W tym znaczeniu obecny kryzys globalny należy również widzieć jako próbę: czy jesteśmy gotowi do odczytania go w całej jego złożoności jako wyzwania na przyszłość, a nie tylko jako zagrożenia, na które należy udzielić odpowiedzi na krótką metę? Czy gotowi jesteśmy wspólnie dogłębnie zrewidować dominujący model rozwoju, aby skorygować go w sposób zharmonizowany i dalekowzroczny?”. Papież mówi wprost i dobitnie, że nie wystarczą już powierzchowne zmiany, niewielkie retusze czy małe poprawki. Chodzi o rewizję, i to sięgającą dna. A jeśli nie, to co? Już niedługo do dzisiejszej walki o surowce energetyczne może dojść walka o wodę pitną, której zasoby się wyczerpują, o żywność, bo w związku z globalnym ociepleniem i ludzką ekspansją kurczą się obszary ziemi rolnej, i o powietrze – czyli o wszystko, co jest absolutnie niezbędne do życia. Kryzys finansowy, którym dziś zajmują się najwięksi tego świata, dołączył do kryzysu ekologicznego, który de facto jest już za progiem, oraz przede wszystkim do kryzysu moralnego i kryzysu kulturowego, od dawna widocznych we wszystkich stronach świata, bo to one – jak mówi Papież – stanowią solidne fundamenty dwóch pozostałych.

Skąd się wziął kryzys moralności i kultury? Krótko mówiąc – z odejścia od źródeł, które dawały ożywcze soki naszej cywilizacji. Od greckiej filozofii z jej racjonalnym dyskursem; od rzymskiej tradycji poszanowania dla prawa; od chrześcijaństwa z jego poszanowaniem dla jednostki i jej sumienia, jasnych postaw i wartości, bez których nie byłoby mowy o liberalizmie, demokracji i parlamentaryzmie. Odcięcie się od tych trzech źródeł wywołało kryzys intelektualny z dyktaturą relatywizmu i kryzys moralny, który zamienił ludzi Zachodu w istoty bez skrupułów. Razem to wszystko jest niczym obca narośl – rak, który wykańcza nasze społeczeństwo.

Spalić bożka

Zabierając głos na temat planów ratunkowych dla gospodarki, przedstawiciele Kościoła nie mówią – bo nie mają ku temu kompetencji – o technicznych szczegółach ratowania budżetów, polepszania kondycji finansowej banków i przedsiębiorstw. Mówią natomiast o fundamentach, na których trzeba wznosić nowy gmach. Recepta dotyczy zmiany człowieka. I nie jest to jedynie apel do sumienia jednostek (choć także), ale i do społeczeństw, które w tych zmianach mogą i powinny pomóc. Jak zatem ma się zmienić człowiek? Co ma ze sobą zrobić? Recepta do łatwych nie należy. Człowiek ma się samoograniczyć. Jedynym motorem ludzkich postaw i zachowań nie może pozostać przemożna chęć posiadania. Nie może być tak, że jedynym „bogiem” ludzi jest pieniądz.

A konkretnie? Kard. Joseph Zen Ze-kiun, emerytowany biskup Hongkongu, w bożonarodzeniowym liście, szeroko odnosząc się do kryzysu, sugerował, aby zrezygnować z wyszukanych specjałów i kupowania najdroższych prezentów. W myśl zasady, aby bardziej być, niż więcej mieć. Nieco subtelniej, choć w gruncie rzeczy to samo, mówił Benedykt XVI podczas Mszy św. na początku roku, kiedy to podkreślił, że warunkiem zwalczania nędzy jest podjęcie starań, aby była równość, zmniejszając nierówności między tymi, którzy marnotrawią to, co zbyteczne, a tymi, którym brakuje nawet tego, co niezbędne. „Pociąga to za sobą decyzje sprawiedliwości umiaru, do których zobowiązuje zresztą wymaganie mądrego zarządzania ograniczonymi bogactwami ziemi…”. Cytowany już kard. Vingt-Trois przekonywał o słuszności recepty Chrystusa – rezygnacji z siebie, aby dać życie braciom.

Trzeba więc zmienić cele, tęsknoty i marzenia, bo to one doprowadziły do granicznego punktu, w jakim znaleźliśmy się dziś. Światem musi zacząć rządzić moralne sumienie, a nie rynek. To, co jest dobre, nie zawsze idzie w parze z tym, co się opłaca.

I choć Kościół nie odrzuca idei wolnego rynku, to postuluje, aby poddać go większej kontroli społecznej, przede wszystkim państwu, żeby – jak to ujął bp William F. Murphy, szef Komisji Sprawiedliwości i Rozwoju Episkopatu USA – główne potrzeby całego społeczeństwa zostały zaspokojone.


Rady na czas kryzysu

1. Nie panikuj!

2. Zredukuj długi tak szybko, jak możesz, i absolutnie nie zaciągaj nowych kredytów.
W sytuacji niepewności na rynku pracy nie pozwól, by bank decydował o twojej przyszłości. Jeśli nie będziesz miał kredytu i stracisz pracę, głowę zaprzątnie ci tylko szukanie nowej, a nie będziesz zamartwiał się jeszcze o spłatę zadłużenia.

3. Nie używaj kart kredytowych.
W czasach ekonomicznego kryzysu powinna obowiązywać zasada: płać i kupuj, a nie kupuj, a zapłać później.

4. Uprość swoje życie.
Zastanów się, które dotychczasowe wydatki są zbędne. Oglądaj każdą wydawaną złotówkę, pytając siebie, czy rzeczywiście to, co chcę kupić, jest niezbędne do życia. Może domowy budżet odetchnie, jeśli zrezygnujesz z płatnych platform telewizji satelitarnej. Może uda się zaoszczędzić, rezygnując z któregoś telefonu komórkowego w rodzinie.

5. Miej w zanadrzu plan B na wypadek zwolnienia z pracy.
Cały czas rozglądaj się za ofertami. Pomyśl, może uzawodowienie hobby pozwoli zarobić dodatkowe pieniądze. Może uda się zarobić trochę grosza, pracując po godzinach?

6. Oszczędzaj.
Nawet niewielkie sumy odkładane systematycznie sprawią, że ewentualne przymusowe bezpłatne urlopy zarządzone przez pracodawcę nie staną się życiową tragedią.

Artykuł pochodzi z tygodnika „Niedziela” nr 8 (22 II 2009), s. 12-13

Podziel się:

O autorze



Dodaj swój komentarz

Komentarze niepodpisane imieniem i nazwiskiem nie są publikowane.

© 2011 Duszpasterstwo Talent. All rights reserved.

Szanujemy Twoją prywatność.