Biznes wbrew naturze

Autor | Dodano komentarzy 13
Kategorie: Chrześcijanin w biznesie | Tagi:

Rzecz o katolikach w biznesie, którzy widzą więcej, oceniają mądrzej i działają wraz z Jezusem

Falę zainteresowania i komentarzy wywołała polemika Pawła Falickiego z rachunkiem sumienia zawartym w dokumencie „Powołanie lidera biznesu”. Autor „Pułapek rachunku sumienia” dokonuje w swoim opracowaniu krytyki trzech obszarów: stanu państwa polskiego, uwarunkowanej „marksistowsko” katolickiej nauki społecznej oraz treści dokumentu.

Do krytyki państwa polskiego w tym miejscu się nie odniosę, bo choć watykańscy autorzy publikacji z wielką uwagą spoglądają na nasz nadwiślański kraj (przecież inaczej być nie może!), tym oto razem postanowili wydać dokument dla całego Kościoła. Dla Amerykanów, którzy w raporcie Doing Business 2013 zajmują 4. miejsce, dla Polaków na 55. i pewnie także dla Włochów z ich zamiłowaniem do porządku, kryzysem i mafią na 73. A więc dokument nas zachęca do odkrywania zasad uniwersalnych dla wszystkich, bo wypływających z naszej wiary. To pozwoli nam zrozumieć, dlaczego tak mało w nim „konkretów”. To także zaproszenie dla nas, abyśmy odczytywali, co Stolica Apostolska chce nam powiedzieć tu i teraz. Jestem przekonany, że właśnie dzięki rzeczowym dyskusjom łatwiej będzie nam odnieść treść „Powołania lidera biznesu” do realiów naszego życia i naszego powołania do przedsiębiorczości.

Drugim zarzutem postawionym przez Pawła Falickiego jest rzekome trwanie katolickiej nauki społecznej w dyskursie marksistowskim. Pewne stwierdzenia pozwalają domniemywać, że uważa KNS za jego pobożną wersję. Barwne słowa i erudycja mówcy na wskroś przeszyły katolicką naukę społeczną. Czy biedaczka po owym ciosie jeszcze się podniesie? Czy choćby ostatnie słowo wypowie?

Prowokacja: czy Jezus był marksistą?

Spójrzmy dociekliwie na działalność Jezusa, zwracając uwagę na pewne szczegóły. Początek Jego działalności publicznej to pierwsze uderzenie w rynek. Producenci wina z Kany Galilejskiej odnotowują spadek popytu na skutek lekkomyślnej działalności cudotwórczej (J 2,1-11). Kolejny fragment Ewangelii św. Jana (J 2,14n) opisuje, jak Jezus wystąpił wprost przeciwko ludziom biznesu, pozbawiając ich miejsca sprawowania działalności bez należytego okresu wypowiedzenia i w sposób nacechowany niechęcią i agresją. Trzeba przyznać, że na początku swojej działalności promotorem wolnego rynku i fanem przedsiębiorczości niestety nie był…

Potem, na przykład nad Jeziorem Galilejskim, było już tylko gorzej. Należy przypuszczać, że przedsiębiorczy Żydzi nie mogli nie wykorzystać w celach zarobkowych wzrostu ruchu pielgrzymkowego w okolicy (Mt 14,15). A jednak piekarze krociowych zysków nie ujrzeli. Przeciwnie, można domniemywać, że przygotowani na wzrost popytu pozostali z tonami niesprzedanego chleba. Innym razem Jezus wprowadził nieuczciwą konkurencję za pomocą dotacji w postaci cudownego połowu dla gospodarstwa rybackiego niejakiego Szymona Piotra (J 21,6.11 – na marginesie zauważmy, że biurokracja już wtedy wymagała rozbudowanej sprawozdawczości: ryb było 153).

Jezus dał się poważnie we znaki prywatnej służbie zdrowia, lecząc skutecznie i za darmo. Na przykład uzdrowił stałą klientkę wszystkich okolicznych lekarzy („całe swe mienie wydała na lekarzy” Łk 8,43). Nawet branża pogrzebowa nagle straciła klientów – co dość niespotykane w tym fachu – na skutek wskrzeszenia córki Jaira (Mt 9,25) czy młodzieńca z Nain (Łk 7,14). W swoim nauczaniu nie poparł działalności inwestycyjnej w branży rolniczej („zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe” Łk 12,18). Demotywował pracowników – łamiąc przy okazji święte prawa rynku – wynagradzając pracownika ostatniej godziny jak tych, którzy pracowali cały dzień (Mt 20,11n).

Po Jego śmierci uczniowie szybko wprowadzili socjalizm, ustanawiając w gminie jerozolimskiej wspólnotę dóbr („Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne” Dz 4,32) i wprowadzili zorganizowane rozdawnictwo (Dz 6,1). W obliczu oczywistej niewydolności takiego systemu ekonomicznego zmuszeni byli znaleźć zewnętrzne źródło finansowania. Dlatego św. Paweł organizuje publiczną zbiórkę w Koryncie, podlewając ją obfitym potokiem okrągłych słów (2 Kor 8,1-15) i argumentując ją potrzebą… równości.

Powyższe dowodzenie oczywiście nie uosabia poglądów autora, ma na celu ukazanie, że za pomocą interpretacji wyrwanej z kontekstu można wyciągnąć wnioski interesujące, choć nieprawdziwe. Dlatego uważam, że temat rzekomego marksizmu dokumentów Kościoła w wypowiedzi Pawła Falickiego jest karykaturalnie przerysowany. Rerum novarum Leona XIII – uznawana za pierwszą encyklikę społeczną – zrodziła się w określonym czasie i była odpowiedzią Kościoła na dylematy i wątpliwości katolików, którzy z jednej strony widzieli poważne napięcia społeczne, a z drugiej od początku byli sceptycznie nastawieni wobec marksistowskich recept uzdrawiania świata. Tu ważna uwaga: nauka społeczna Kościoła nigdy nie jest gotową receptą na bolączki świata, jest próbą refleksji nad wyzwaniami konkretnych czasów. Aby być komunikatywną, używa języka, który jest zrozumiały dla odbiorców. Nie jest sztuką wyrwać złożone zjawisko z kontekstu historyczno-kulturowego i skrytykować je za pomocą pojęć współczesnych1.

W tym miejscu warto przywołać pewną konstrukcję myślową autora „Pułapek…”). Pisze on, że „praca najemna zaczęła sprawiać socjologom, politykom, ale także i Kościołowi Katolickiemu kłopoty dopiero w XIX wieku. Przedtem praca nie powodowała napięć, a w każdym razie nie wywoływała krwawych rewolucji”. Dziwnym trafem to właśnie wiek XIX był czasem rewolucji przemysłowej. A więc może warto połączyć te dwa fakty? Oczywiście doceniamy innowacyjność ludzi biznesu tamtych czasów, podjęty wysiłek organizacji nowego sposobu produkcji. A jednak dynamiczny rozwój i natychmiastowy sukces spowodowały, że nie ustrzegli się błędów. Założyciel Zgromadzenia Sercanów o. Leon Jan Dehon słusznie uznał, że musi uświadomić „fabrykantom”, że sukces firmy będzie tylko wtedy ich osobistym zwycięstwem, jeśli będzie szedł w parze z sukcesem pracowników (wiemy, że udało mu się w jednym przypadku fabryki Leona Harmela). Podsumujmy więc tę myśl: w XIX wieku praca nie sprawiła kłopotów socjologom, politykom i Kościołowi, ale konkretnym osobom, które zmuszone były do nieludzkiej pracy.

Aby uczyć się na błędach przeszłości, wyciągnijmy konstruktywny wniosek. Brak troski o drugiego człowieka, czyli uwzględnienie interesu wszystkich osób zaangażowanych w procesy gospodarcze, rodzi napięcia społeczne, a te mogą być przez niektórych wykorzystane do wywoływania rewolucji. Zatem dziś światlejsze grupy społeczne powinny szerzej otworzyć oczy, spojrzeć krytycznie także na siebie, by dostrzec, czy aby na pewno słuszne prawa wszystkich zainteresowanych są respektowane (o tym właśnie jest punkt „Czy jako lider biznesu staram się znaleźć sposób, aby zapewnić sprawiedliwy zysk inwestorom, sprawiedliwe zarobki pracownikom, sprawiedliwe ceny klientom i dostawcom oraz sprawiedliwe podatki społeczeństwu?”).

Nieprzekonanym wyznawcom „związku KNS z marksizmem” polecam rozmowę na temat poglądów gospodarczych ostatnich papieży z ks. Jackiem Gniadkiem SVD pt. „Papież wolnego rynku?”.

O wolności bezmyślenia

Takie postawienie kwestii pracy jest niezgodne z wyznawaną przez Pawła Falickiego filozofią wolności. Pojęcie to jest w filozofii obecne jest „od zawsze” i może być ona rozumiana na tysiące sposobów. Zastanówmy się, czy autor wybrał ten najlepszy2. Wywód autora opiera się bowiem na założeniu, że każdy człowiek jest wolny, a więc zawiera wolne umowy. Z tak postawionej sprawy wynika, że po pierwsze wcale ich zawierać nie musi, po drugie, że zawsze może się z nich w ustalony sposób wycofać, a po trzecie może założyć własną firmę.

Odejdźmy na chwilę od spraw pracowniczych, by zapytać się, czy przedsiębiorca obarczony kredytami jest człowiekiem wolnym? O ile w momencie podejmowania decyzji zapewne takim był, to obciążony długiem już takim nie jest, nie może ot tak po prostu powiedzieć, że rozwiązuje umowę, zabiera swoje zabawki i idzie szukać innych wrażeń. Być może wymiar sprawiedliwości da mu okazję poczucia samotności w miejscu odosobnionym, lecz chyba nie o takie doznania by mu chodziło.

Filozofia wolnorynkowa ma tę zaletę, że podkreślając wolność człowieka, motywuje go, pokazuje perspektywy, że może coś w życiu osiągnąć, jeśli uruchomi swą kreatywność i zaangażowanie. Nie uwzględnia jednak kilku istotnych spraw. Po pierwsze współczesne nauki o zarządzaniu, wespół z psychologią i jeszcze kilkoma dziedzinami, definiują, że tylko ok. 10% osób ma predyspozycje do prowadzenia działalności gospodarczej. Tak więc przykładowe stwierdzenie: „jak ci się nie podoba, to załóż swoją firmę” jest sprzeczne z nauką o człowieku i wyraża pewną filozofię mówiącego, niekoniecznie tę najwłaściwszą. Choć oczywiście motywowanie i pomaganie innym w podjęciu własnej działalności uważam za bardzo szlachetne.

Po drugie człowiek jest zdeterminowany do pracy swoją naturą. Musi pracować, żeby jeść. Determinizm się zwiększa za sprawą odpowiedzialności za swoich bliskich, którzy również potrzebują utrzymania. Tak więc „promocja wolności” w stylu „zawsze może się pan/pani zwolnić” w wielu przypadkach więcej wspólnego ma z hipokryzją niż wolnością. Co więcej, człowiek nie zawsze jest panem samego siebie i nawet jakby chciał i umiał, to nieraz ma blokadę psychiczną, brakuje mu odwagi do zmiany. Każdy przedsiębiorca zapewne zna takie osoby. Św. Paweł wyraża to rozbicie wewnętrzne człowieka zdaniem: „W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu” (Rz 7,23).

Podobnie ma się rzecz z oferowaniem klientom odpowiednich produktów. W stwierdzeniu, że klient ma swoją wolność i niech robi co chce, niewiele jest ducha odpowiedzialności, przeciwnie, pobrzmiewa pytanie Kaina „Czy ja jestem stróżem swego brata?” (Rdz 4,9). Czy sprzedam alkohol sąsiadowi, który po wypiciu zawsze bije swoją żonę? Słyszę już głosy oburzenia, że przecież nie mogę sprawdzać każdego człowieka. Chodzi oczywiście o zdrowy rozsądek, a z nim zasada „róbta, co chceta” niewiele ma wspólnego. Sprzedaż młotków nie pociąga za sobą większych dylematów moralnych, ale jeśli zamówi je klub kibica w ilościach hurtowych, radzę to zamówienie poddać choć krótkiej refleksji.

Na koniec tej myśli wytknijmy autorowi interesującą niekonsekwencję. O ile w relacjach pracodawcy z pracownikami i klientami jest wyznawcą wszechmogącej wolności, to powraca na ziemię, gdy pisze o iluzorycznej możliwości zmiany przepisów w demokracji, systemie w swej istocie zbudowanym na wolności.

Nocnym szperaczem oglądnie krajobrazu

Krytyka rachunku sumienia na pierwszy rzut oka wydaje się być wykonana bardzo metodycznie, poszczególne punkty otrzymały stosowny komentarz. A jednak tak sformułowana krytyka niesie w sobie poważną niedoskonałość. Zauważmy, że „Rachunek sumienia”3 jest zamieszczony w aneksie do dokumentu, nie jest samodzielną publikacją. Sam jego układ wskazuje, że jest skrótowym zebraniem treści dokumentu. Naturą streszczenia jest redukcja i uproszczenie; być może autorzy nie podjęli wszelkich starań w celu jak najlepszego opracowania go, niemniej niejasności i wątpliwości powinny być rozjaśniana przez tekst zasadniczy. Co więcej, poszczególne punkty powinny być interpretowane w duchu dokumentu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że pan Paweł wybrał bardziej efektowną drogę oświetlania poszczególnych punktów, lecz w ten sposób piękna krajobrazu się nie dostrzeże.

Czarna dziura światło pochłania

„Powołanie lidera biznesu” nie jest dokumentem o gospodarce, tym bardziej o państwie. Te tematy są obecne jedynie jako tło, kontekst działania lidera biznesu. Jako wątek poboczny opracowane są skrótowo, w niektórych momentach schematycznie (najpierw kilka słów pochwały, nawet naciąganej jak w przypadku instytucji finansowych, a potem wskazanie kilku zagrożeń). Krytyka wyrażona przez pana Pawła Falickiego, także przez pana Marka Bernaciaka podczas prezentacji w Warszawie, wskazuje na to, że nadal brakuje w dokumentach Kościoła kompleksowej i kompetentnej oceny zjawisk gospodarczych.

Boję się, że autor krytyki nie odczytał głównego przesłania dokumentu i dał się złapać w pułapkę wątków pobocznych. Do wyciągnięcia takiego wniosku upoważnia mnie poważna dziura epistemologiczna. W opracowanym tekście ani razu nie pada kluczowe dla dokumentu słowa „powołanie”, użyte po raz pierwszy już w jego tytule. Odnoszę nieodparte wrażenie, że autor krytyki omijając szerokim łukiem tę płaszczyznę dyskursu, poważnie minął się z zamysłem autorów. Ta „czarna dziura” zgodnie ze swą naturą pochłonęła to, co najpiękniejsze i najwartościowsze w watykańskim przesłaniu: wielką rolę („powołanie”) przedsiębiorcy. Smutnej konstatacji Pawła Falickiego: „prace zaliczające się do tzw. Katolickiej Nauki Społecznej (…) niesprawiedliwie obarczają przedsiębiorców odpowiedzialnością za sprawy wykraczające poza ich naturalną działalność” przeciwstawię pełne nadziei i zaufania wezwanie zawarte w 1. punkcie dokumentu: „Przedsiębiorcom dano wielkie zasoby i Pan prosi ich o czynienie wielkich rzeczy”.

To jest ów nowy język, o który tak zabiega Paweł Falicki. „Powołania” w pismach Marksa daremnie szukać, lecz dlaczego przedsiębiorcy omijają te słowo szerokim łukiem? Powołanie to wzniosła misja, wielkie zadanie do zrealizowania. Aby mu podołać, konieczny jest zaufanie i trud wierności Jezusowi we wszystkim, co się robi, prowadzenie biznesu według Jego zasad. Zysk, prawa rynku, delegowanie zadań – tak! Ale bycie katolickim liderem biznesu to coś więcej – w relacji do Boga i w relacji do drugiego człowieka. To „biznes wbrew naturze”, bo inni nas nie zrozumieją, a może i wyśmieją, że tacy naiwni.

Autor krytyki wskazuje, że według niego nowym spoiwem społecznym mogłyby być „wdzięczność i dar”. Myślę, że idąc tym tropem w „Powołaniu lidera biznesu” znajdzie bliskie sobie treści w punktach 66-72, które mówią o „przyjmowaniu” i „dawaniu” jako dwóch postawach charakterystycznych dla chrześcijańskich liderów biznesu. Mam nadzieję, że ta dyskusja przybliży nas do tego, aby w miejscu pracy być świadkiem Jezusa Chrystusa. Bo „kiedy chrześcijański lider biznesu nie krzewi w swojej instytucji zasad Ewangelii, «swoim życiem raczej ukrywa prawdziwą twarz Boga i religii niż ją pokazuje»” (pkt 63).

Przypisy:

1. Przez takie rozumowanie beatyfikacja o. Leona Jana Dehona nie doszła do skutku. Piętnowana przez niego lichwa nie została odczytana w kontekście czasu, lecz populistycznie przedstawiona jako „antysemityzm”. Więcej na ten temat w artykule „Błogosławiony na liście oczekiwania”.

2. Przyznaję, że w swoim wystąpieniu autor nie przedstawia wprost wyznawanej przez siebie filozofii wolności w wydaniu wolnorynkowym, widzimy tylko pewne reminiscencje w wątkach dotyczących umów czy oferowania produktów. Niemniej wiadomo mi to skądinąd, a temat jest istotny, ponieważ ma szeroki wpływ na sposób pojmowania gospodarki.

3. Niekonsekwencję autorów można zauważyć w nazewnictwie. W angielskim oryginale w punkcie 80. robią odwołanie do „Examination of Conscience”, a w aneksie nazywają go „discernment checklist”. Zespół redakcyjny polskiego wydania podjął po długich konsultacjach decyzję o ujednoliceniu nazewnictwa, zostało to zaaprobowane przez Papieską Radę Iustitia et Pax.

ks. Przemysław Król SCJ

Zobacz także głos w dyskusji:

Jak produkować młotki? – Marek Oktaba

Podziel się:

O autorze



komentarzy 13

  1. ()

    Witam,
    Od razu do rzeczy:
    1.Jezus nie był ani marksistą, ani socjalistą był przedsiębiorcą. Różnica jest prosta:
    marksista/socjalista – rozkazuje czynić „dobro” lub to co uważa za dobro
    Jezus – pokazuje drogę i szanuje wolną wolę
    Jezus jest przedsiębiorcą – stolarz :), sam wybiera swoją drogę zgodnie z powołaniem, jest przedsiębiorczy w organizowaniu zespołu i dalszych działań, nie czeka, aż ktoś mu coś powie

    2.”Co więcej, człowiek nie zawsze jest panem samego siebie i nawet jakby chciał i umiał, to nieraz ma blokadę psychiczną, brakuje mu odwagi do zmiany.”
    Uważam to za kluczowe zdanie w tej wypowiedzi. Dlaczego znowu kładzie się tak duży nacisk na sterowanie tymi „biednymi” ludźmi co sami nie potrafią o siebie zadbać, zamiast większe środki i działania skierować na uwolnienie od LĘKU? Na to by został panem własnego losu? Jeśli wierzymy w Boga, jego Mądrość, Wszechmoc i przede wszystkim Dobroć jak można nie wierzyć, że każdemu człowiekowi daje dobro by „chciał i umiał”?

    3.”..czy przedsiębiorca obarczony kredytami jest człowiekiem wolnym? ”
    Oczywiście, że nadal jest wolny. Czy Jan Chrzciciel będąc w więzieniu przestał być WOLNY? Nie mógł iść gdzie chciał, ale jego powołaniem było głoszenie Słowa Bożego co i czynił.
    Przedsiębiorca może dalej działać zgodnie ze swoim sumieniem – możliwości jest wiele.

    4. „Po drugie człowiek jest zdeterminowany do pracy swoją naturą. Musi pracować, żeby jeść.”
    Moim zdaniem: nie do PRACY tylko do swojego POWOŁANIA/MISJI i nie zdeterminowany, ale właśnie powołany.
    „24 Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki!… 29 I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! 30 O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. 31 Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane. ” Łk 12,24-31

    Pozdrawiam

  2. ()

    Wielebny i Czcigodny Księże Przemysławie,

    Dziękuję za krytyczne uwagi – pomogły mi zrozumieć niedoskonałości mojej argumentacji. Spróbuję się odnieść do szeregu z nich. Kwestie z Księdza wypowiedzi, które pomijam należy traktować jako zgodę – i cieszę się, że jest ich tak dużo.

    A teraz do rzeczy, czyli do punktów spornych.

    Po pierwsze, nie wiem, gdzie Ksiądz znalazł w mojej wypowiedzi krytykę stanu państwa polskiego. Faktem jest, że mam dość krytyczny stosunek do tego, co się dzieje między Odrą a Bugiem, ale chyba nic nie mówiłem akurat o Polsce. Jeśli mówiłem o błędnej tezie konieczności istnienia ”trzeciego pracodawcy” (państwa), to przecież nie odnosiło się to akurat do Polski.

    Co do KNSu, to rzeczywiście mój, z pewnością powierzchowny, obraz jest bliski oceny, że to pobożna wersja marksizmu.

    Próbuje Ksiądz przewrotnie pytać, czy „biedaczka” KNS po zadanym przeze mnie „ciosie jeszcze się podniesie”. Śpieszę zapewnić, że z pewnością się podniesie. Proszę się nie martwić! Tylko najpierw sama musi ustalić, czym się ma zajmować. Nauki społeczne mają to do siebie, że nie do końca same wiedzą, czym się zajmują. Generalnie oczywiście każda nauka poszukuje Prawdy. A czym KNS różni się od socjologii? Od religioznawstwa? Od politologii? Od różnych gałęzi teologii? Niech KNS sobie zdefiniuje najpierw obszar badawczy i określi metody, jakimi się będzie posługiwać (w tym język), wtedy dyskusja z tezami KNSu będzie twórcza.

    Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że szeregi naukowców z doktoratami i habilitacjami z tej mętnej dziedziny wiedzy nie przyklasną tu jakiemuś drobnemu sprzedawcy młotków. Byłbym wdzięczny, gdyby Ksiądz wyprowadził mnie z błędu wskazując jakąś pracę bezspornie należącą do KNSu, która nie odnosi się w żaden sposób do marksistowskich koncepcji funkcjonowania społeczeństwa. Być może są takie prace sprzed XIX wieku? Proszę o pomoc w ich znalezieniu.

    Pisze Ksiądz: „’Rerum novarum’ Leona XIII – uznawana za pierwszą encyklikę społeczną – zrodziła się w określonym czasie i była odpowiedzią Kościoła na dylematy i wątpliwości katolików, którzy z jednej strony widzieli poważne napięcia społeczne, a z drugiej od początku byli sceptycznie nastawieni wobec marksistowskich recept uzdrawiania świata. Tu ważna uwaga: nauka społeczna Kościoła nigdy nie jest gotową receptą na bolączki świata, jest próbą refleksji nad wyzwaniami konkretnych czasów. Aby być komunikatywną, używa języka, który jest zrozumiały dla odbiorców.”

    Chyba Ksiądz mnie nie zrozumiał: Rerum Novarum, jak i kolejne encykliki (społeczne) TKWIĄ W DYSKURSIE ZAPROJEKTOWANYM PRZEZ MARKSA. Same nie są jakimś rozwinięciem teorii Marksa. Wręcz są przeciwne marksizmowi, a nawet – krytykują socjalistyczne koncepcje. Ale co z tego, jeśli robią to głównie w systemie pojęć pochodzących z XIX wieku? Chcąc-niechcąc – nawet nawołując do zaniechania ‘walki klas’ – przyznają, że taki podział ludzkości, jaki narzucił Marks (klasy) jest zasadny. Więc niechże wreszcie ta wspaniała Katolicka Nauka Społeczna przestanie używać marksowskich pojęć, bo marksizm już dawno wylądował na śmietniku historii i szkoda czasu na takie spory.

    A teraz chciałem odnieść się do fragmentu zaczynającego się od: „W tym miejscu warto przywołać pewną konstrukcję myślową…” aż do słów: „sprawiedliwy zysk inwestorom, sprawiedliwe zarobki pracownikom, sprawiedliwe ceny klientom i dostawcom oraz sprawiedliwe podatki społeczeństwu?”.

    Tu mamy śliczny, wręcz szkolny przykład pokazujący, jak Ksiądz tkwi w marksowskim dyskursie. Jest Ksiądz przeciwny dziewiętnastowiecznym napięciom, ale nie może o nich powiedzieć inaczej, niż używając pojęć narzuconych przez Marksa: „fabrykantów” przeciwstawia „pracownikom” wykonującym „nieludzką pracę”. „Troska o drugiego człowieka”, „uwzględnienie interesu wszystkich” – to wszystko oczywiście prawda i tego brakowało w czasach ks. Dehona. Wygląda na to, że chciałby Ksiądz, by teraz już nie było tego dawnego zła i by zapanowała „troska” i „uwzględnianie interesu”. Ja nie neguję tych dobrych dążeń. I nie twierdzę, że Ksiądz sam jest marksistą, broń Boże! Ale koncepcja PRACY BUDZĄCEJ NAPIĘCIA dominuje nad całym Księdza rozumowaniem i ustawia z góry wszelkie możliwe do wyciągnięcia wnioski. Drogi i zacny księże Przemysławie! To właśnie z takich przeciwstawień i antagonizmów piekłoszczyk Marks wydedukował, że mogą i muszą one zostać motorem postępu całej ludzkości Stąd już tylko krok do równi pochyłej wiodącej do ‘walki klas’. Budujmy nowy język, stwarzajmy nowy dyskurs!

    Fragment o wolnorynkowym podejściu do gospodarki kończy Ksiądz tak: „Tak więc przykładowe stwierdzenie: „jak ci się nie podoba, to załóż swoją firmę” jest sprzeczne z nauką o człowieku i wyraża pewną filozofię mówiącego, niekoniecznie tę najwłaściwszą.”

    Otóż taki wniosek jest nielogiczny. Nawet jeśli tylko 3% ludzkości ma predyspozycje do „prowadzenia działalności gospodarczej”, to zalecenie tym pozostałym, by założyli własną firmę jeszcze nie jest sprzeczne z „nauką o człowieku” – cokolwiek by miało to wyrażenie oznaczać. A poza tym ja nigdzie nie nakazuję „załóż swoją firmę”, bo przecież ci, którzy nie umieją lub nie chcą tego zrobić, mogą współpracować z tysiącami firm już pozakładanych. Są naprawdę wolni w wyborze.

    Dalej, by wzmocnić swoją tezę argumentuje Ksiądz tak: „Po drugie człowiek jest zdeterminowany do pracy swoją naturą. Musi pracować, żeby jeść. Determinizm się zwiększa za sprawą odpowiedzialności za swoich bliskich, którzy również potrzebują utrzymania. Tak więc „promocja wolności” w stylu „zawsze może się pan/pani zwolnić” w wielu przypadkach więcej wspólnego ma z hipokryzją niż wolnością. Co więcej, człowiek nie zawsze jest panem samego siebie i nawet jakby chciał i umiał, to nieraz ma blokadę psychiczną, brakuje mu odwagi do zmiany.”

    I to prawda. Oczywiście, że tak jest. Strach przed „zmianą pracodawcy” w doszczętnie zsocjalizowanej Europie jest prze-o-gro-mny. Nie ma go natomiast np. w USA, gdzie każdy przeciętnie raz na 4 lata zmienia miejsce pracy. Ludzie niepełnosprawni, którzy „nie są panami samego siebie” czy też „mają blokady psychiczne” wymagają oczywiście specjalnej troski – i taką społeczeństwo stara się im zapewnić. Opieka nad takimi ludźmi może być biznesem sama w sobie (bo ich rodziny płacą, by nieszczęśników wyciągnąć z psychicznego dołka), ale większość przedsiębiorstw jednak nie prowadzi klinik ani poradni psychologicznych powierzając opiekę nad takimi ludźmi specjalistom. Więc te argumenty Księdza niczego nie dowodzą. Wskazują jedynie na niezrównoważoną psychicznie (?) mniejszość, której istnienie nie ma związku z naturalnym i wolnorynkowym podejściem do gospodarki.

    I dalej próbuje mnie Ksiądz „zagiąć” tak: „Na koniec tej myśli wytknijmy autorowi interesującą niekonsekwencję. O ile w relacjach pracodawcy z pracownikami i klientami jest wyznawcą wszechmogącej wolności, to powraca na ziemię, gdy pisze o iluzorycznej możliwości zmiany przepisów w demokracji, systemie w swej istocie zbudowanym na wolności.”

    Przepraszam, ale jaka to niekonsekwencja??? Po pierwsze nie jestem żadnym „wyznawcą wszechmogącej wolności”, tylko uważam (chyba w przeciwieństwie do Księdza?), że ludzie zostali obdarowani przez Stwórcę WOLNĄ WOLĄ. Po prostu mam podejście personalistyczne do ludzi. A do tłumu, który lezie do urn po wpływem medialnych manipulacji – już nie. Rozróżniam bardzo konsekwentnie decyzje OSÓB od decyzji TŁUMU. Proponuję Księdzu, byśmy otworzyli zupełnie nowy wątek sporów na temat czy demokracja to „system w swej istocie zbudowany na wolności”.

    Pisze też Ksiądz o wybiórczym potraktowaniu przeze mnie tematu i nie dostrzeganiu całości myśli dokumentu. To w dużej części prawda. Ale taki był temat mojego wystąpienia. Skupiłem się jedynie na NIEKTÓRYCH punktach rachunku sumienia. Trudno je osadzać w kontekście całej pracy bez jej referowania. A tylko część słuchaczy znała wcześniej ten dokument… W każdym razie, jeśli źle coś odczytałem, bo w świetle całości dokumentu wygląda to zupełnie inaczej – proszę o wskazanie mi takich błędów. Doczytam (może nawet wersję angielską, by uniknąć nieporozumień), poprawię i odszczekam, jeśli błądziłem…

    I ma Ksiądz rację, że rzeczywiście unikałem słowa „powołanie”. Zrobiłem to świadomie i celowo. Wiem, że to może budzić wątpliwości co do właściwego odczytania zamysłu autorów. I wiem, że to jakby kontrastuje z moim parciem do używania „nowego języka”. Ale przemyślałem to, mam określone zdanie na temat używania słowa „powołanie” i chętnie je skonsultuję z kimś, kto bez wątpienia powołanie usłyszał. Pomoże mi Ksiądz? Ale to znowu osobny temat. Spróbuję o tym napisać oddzielnie.

  3. ()

    Panie Pawle,
    bardzo dużo wysiłku poświęca Pan na tropienie rzekomego marksizmu . Pominę celowość takich dyskusji czy sensowność Pańskich ocen. Choć może to mieć jakieś znaczenie, to nie tu ich miejsce. Pańska krytyka bowiem wygląda na mającą niewielki związek z nauką Chrystusa, a skupia się na drugorzędnym problemie wyższości jednej teorii ekonomicznej nad innymi akademickimi rozważaniami. Mam coraz silniejsze wrażenie, że to co Panu wydaje się sednem w Ewangelii nim nie jest. Czy może Pan przedstawić co rozumie pod pojęciem „powołanie chrześcijańskie”?

    Pozdrawiam

  4. ()

    Panie Zbigniewie,

    rzeczywiście dyskusja grawituje w stronę zagadnień ekonomicznych zamiast zgłębiania „sedna Ewangelii”. Ma Pan rację, że wobec pytania czy zostaniemy zbawieni, czy nie – wszelkie inne problemy staja się drugorzędne. Ponieważ nie znam się za bardzo na takich zagadnieniach, jak „powołanie chrześcijańskie”, natomiast trochę wiem, jak funkcjonuje przedsiębiorca i jakie może mieć problemy moralne, staram się wypowiadać w dziedzinach, w których się czuję pewniej. Ale może ma Pan rację? Może powinienem się wynieść z tą ekonomią gdzieś na inny portal? Tylko że sam Pan porusza tu i tam zagadnienia ekonomiczne, więc jak to jest: można pisać o zwalnianych pracownikach, czy nie? (Jeszcze kilka zdań dopisze pod innym Pana wpisem i już pójdę spać – proszę się nie martwić:-))

  5. ()

    Panie Pawle,
    Powołanie chrześcijańskie jest najważniejsze, ale nie po to stworzył Bóg życie ekonomiczne by nie miało być ono narzędziem wypełniania tego powołania. Sądzę, że celem naszych dyskusji tu jest szukanie sposobów w jaki działalność biznesowa ma służyć zbawieniu. Ba uważam, że przedsiębiorcy są grupą, która może zrobić naprawdę dużo w dziele apostolstwa. Sedno Ewangelii mamy więc obowiązek odczytać też i w naszej pracy. Punktem jednak wyjścia musi być dobre zrozumienie powołania chrześcijańskiego przedsiębiorcy.

    :)

  6. ()

    Dlaczego wątpię w „powołanie lidera biznesu”?

    Po krakowskiej konferencji i zawieszeniu części wypowiedzi na witrynie Duszpasterstwa TALENT – oprócz szeregu komplementów – zebrałem również ostre cięgi. Już po przetoczeniu się dyskusji przez witrynę włączyłem sobie nagraną wypowiedź ks. biskupa Grzegorza Rysia. Kilka razy uważnie wysłuchałem, po czym spisałem, bo jak się czyta tekst, to chyba wychodzą głębsze jego znaczenia. Biskup to w końcu strażnik. I wygląda na to, że próbował nas ustrzec przed dryfowaniem po mieliznach. Przeczytajmy:

    =========================================================

    „Powołanie lidera biznesu” – takie, jeśli pozwolicie trzy proste myśli, może coś otworzą przed wami [tu ks. biskup skrzywił się ze zwątpieniem], w refleksji dzisiejszej, daj Boże. Może nie będą tylko zajmowaniem waszego czasu.

    Pierwsza myśl jest taka, że chrześcijaństwo zna właściwie tylko jedno powołanie. I tym jednym, jedynym powołaniem, które zna chrześcijaństwo to jest powołanie do miłości. Wszystko inne jest formą. I w różny sposób to zasadnicze powołanie do miłości chrześcijanin wypełnia. Myślę, że można powiedzieć, że to powołanie jest wpisane w naszą naturę. Stworzoną przez Boga. Jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga. A Bóg jest miłością. W szczególny sposób jest miłością przez to, że w życiu wewnętrznym jest wspólnotą Osób. To jest dla nas trudna tajemnica do przeniknięcia. Raczej klękamy przed nią z adoracją, niż rozumiemy. Ale Bóg jest wspólnotą Osób. I co pokazuje też, że człowiek realizuje się w pełni we wspólnocie osób. Więc jest w niej rzeczywiście miejsce, w tym realizowaniu siebie, na doświadczenie relacji z drugimi. Relacje różnie przebiegają, ale jeśli ktoś myśli o sobie jako o liderze, to przecież lider ma tylko wtedy sens, jak pracuje z innymi. To jest oczywiste. W każdym razie to jest zasadnicze, że jakiekolwiek powołanie, jakąkolwiek drogę życiową człowiek odnajduje, to ono się mieści ostatecznie w tym jednym, jedynym powołaniu człowieka, jakim jest powołanie do miłości.

    Druga myśl: powołanie to jest zawsze wydarzenie. Nie jest tylko tak, że powołanie to są, powiedzmy, takie czy inne predyspozycje, które człowiek ma. Nie wystarczy mieć, na przykład ducha przywódczego, żeby być liderem. Nie wystarczy mieć tylko predyspozycje do tego, żeby być ojcem, nie wystarczy mieć nawet pragnienie w tym kierunku, nawet bardzo głębokie, i głębokie potrzeby, żeby ojcostwo było faktycznie powołaniem w naszym życiu. Powołanie to jest zawsze wydarzenie. Człowiek, który chce patrzeć na swoje życie w kategoriach powołania, musi patrzeć bardzo wyraźnie na życie dookoła. Na wyzwania, które przynosi – no – świat, w którym żyje. Myślę, że w taki sposób o powołaniu myślano zwłaszcza w starożytności, a już w szczególności w starożytnym Kościele. Tu jest ksiądz profesor Żelazny, nie mogę się przy nim mądrzyć, bo on jest patrolog, a ja tam, co tam… Ale w starożytności, jeśli Kościół miał potrzebę, i akurat się zaplątał taki człowiek, jak Ambroży, bo przechodził obok, to mu mówili: będziesz biskupem. I nikt się go nie pytał, czy on ma na to ochotę, czy nie, tylko Kościół miał potrzebę. On miał, owszem, w sobie predyspozycje. Ale jego powołanie nie rodziło się stąd, że on tam, nie wiem, bez przerwy wiercił się w sobie i przeglądał te swoje predyspozycje i talenty, co tam ma, i co tam ma, i kim by to on ostatecznie nie mógł być… Tylko powołanie przychodzi [gest ręką wskazujący przyjście z zewnątrz] z potrzebami społeczeństwa, w którym żyjemy. I to jest niesłychanie istotne. Bo może być tak, że człowiek bez przerwy medytuje, co jest jego powołaniem, a świat dookoła najbliższy krzyczy konkretnymi potrzebami: zrób to i to i to! Ale on tego nie robi, bo on w sobie siedzi bez przerwy i zastanawia się, co tam ma. Ośmielam się stwierdzić, że ktoś taki kompletnie nie wie, co to jest powołanie. Więc nie wystarczy mieć predyspozycje wewnętrzne i takie czy inne uzdolnienia, żeby od razu mieć powołanie w tym kierunku.

    Myślę, że może być nawet nieraz i tak – i to będzie trzecia myśl – że to wyzwanie, które przychodzi z zewnątrz i człowiek je podejmuje, też – jeśli je podejmuje w sposób odpowiedzialny – no to wymusi na nim rozwój pewnych predyspozycji, umiejętności i talentów. Jeśli chce być odpowiedzialny. A to, co jeszcze ważniejsze w tym, to jest to, że w ten sposób przeżywane powołanie jest zawsze też łaską. Jest zawsze wtedy też łaską. Znaczy – jeśli mówimy językiem wiary, jeśli Bóg pokazuje nam zadania, to też z reguły uzdalnia nas do ich wypełnienia. I to uzdolnienie ostatecznie to nie są takie czy inne talenty, tylko to jest doświadczenie wspólnoty z Nim, komunii z Nim. I w tej komunii człowiek potrafi nieraz robić rzeczy, o których by się sam nigdy nie podejrzewał, że potrafi.

    Wiec takie trzy krótkie myśli na temat powołania. Powołanie: do miłości, przez wydarzenie, z łaską. Z łaską. Nie tylko w oparciu o siebie i o swoje takie czy inne talenty.

    ==============================================================

    No i popsuł nam ksiądz biskup wszystkie zabawki…:-)

    Już wydawało się, że jesteśmy wszyscy szalenie utalentowani, mamy unikalne zdolności, jesteśmy crème de la crème społeczeństwa. Geniusze organizacji, kreatorzy światowej ekonomii, żywiciele ubogich i społeczni filantropi. Co jakiś czas dowartościowujemy się identyfikując się z duszpasterstwem – nomen omen – „Talent”, gdzie co rusz dowiadujemy się o naszej wyjątkowości. Mało tego: okazuje się, że jako szefowie, przedsiębiorcy, liderzy biznesu – mamy dodatkowo jakieś „powołanie”! No, a to już jest grubsza sprawa, bo zahaczająca o sprawy nadprzyrodzone. Wprawdzie jeśli lider biznesu otrzymuje jakieś powołanie, to jeszcze nie jest gwarancją wejścia do Nieba, ale – jakby było nieco bliżej, bo przecież nie wszyscy powołanie dostali czy usłyszeli, więc siłą rzeczy – jesteśmy z pewnością wyróżnieni in plus.

    No i teraz taki wstyd, na samym początku nobliwej konferencji… Okazuje się, że nie ma żadnego „powołania lidera biznesu”, bo istnieje jedynie „powołanie do miłości”! Masz babo placek! Trzeba będzie teraz akrobatycznych wywodów intelektualnych, by chyba jakoś stonować spiżowe słowa księdza biskupa i postarać się uratować choć część peanów na temat nieudanej publikacji papieskiej komisji… Ale słowa księdza biskupa są jasne i bezkompromisowe. I nijak z nimi dyskutować. Kto się na to poważy? Zresztą – po co? Trzy refleksje księdza biskupa porażają logiką i otwierają głębię relacji z Najwyższym na zupełnie innym poziomie niż ekscytacja rzekomym powołaniem liderów biznesu.

    Bardzo się ucieszyłem, że mam tak potężnego sojusznika w moim zwątpieniu w sens używania słowa „powołanie” do byle czego, a w szczególności do liderów biznesu. To, że powołanie jest jakimś ważnym wydarzeniem – czułem intuicyjnie od dziecka. Powołanie jednoznacznie kojarzyło mi się zawsze z decyzją specyficznego oddania swojego życia Panu Bogu: pozostania kapłanem. A Kapłaństwo to taki znak od Pana Boga, który m.in. powoduje, że się jest rozpoznawalnym czy to w Niebie czy w Piekle (tfu, tfu!) – nawet po śmierci. A więc bardzo poważna sprawa. Poważniejsza niż Bierzmowanie, Pokuta czy nawet Małżeństwo. To, że ktoś być może został nawet „powołany” jako lider biznesu, nie pomoże mu po drugiej stronie. Tam nie będzie raczej wiadomo, czy byliśmy biznesmenami, czy nie. Natomiast znak Kapłaństwa, ten z prawdziwego powołania – przechodzi na druga stronę. Zresztą – niech się może wypowie na ten temat jakiś eschatolog.

    Nadużywanie słowa „powołanie” najbardziej mnie drażniło, gdy w latach 80-tych i 90-tych mieszkałem w Holandii. ‚Roeping’ po flamandzku – oznacza po prostu wołanie. Otóż słowo to jest używane w Holandii do każdej ujawnionej zdolności człowieka do czegokolwiek. W szczególności gdy holenderscy świeccy rzucili się do „otwierania Kościoła” interpretując na własna rękę dokumenty Vaticanum Secundum, odkryli, ze maja „powołanie”. Być może wynikało to z ubóstwa języka (brak odrębnych określeń na ‘powołanie’ i ‘wołanie’), ale skutki były opłakane. Więc nie tylko ‘nauczyciel z powołania’ czy ‘lekarz z powołania’, co jeszcze jakoś da się strawić. Ale hydraulik też z powołania, dyrektor, fryzjer, urzędnik, sprzedawca, spawacz, księgowy, rybak i ogrodnik. Pod warunkiem, że jest pozytywnie zaangażowany w swoją pracę. Także oczywiście lider biznesu. Nic zatem dziwnego, że ksiądz, jeśli tylko stara się być dobrym księdzem – ma powołanie. Powołanie stało się synonimem dobrej roboty. Wystarczy się dobrze nauczyć rzemiosła (tzn. jak odprawiać Mszę św.) – i już się zostaje księdzem z powołania. Okazuje się, że niepotrzebne jest żadne nadprzyrodzone wydarzenie, żaden „głos z Nieba”, żadna szczególna łaska – wystarczy się dobrze przykładać do wyuczonego zawodu, by zostać uznanym za kogoś „z powołaniem”. Sakrament Kapłaństwa staje się nagrodą za rzetelne studia. To taki znak, jak dyplom uczelni. I tylko – nie wiedzieć dlaczego – w seminariach holenderskich od wdrożenia posoborowych reform zaczęło radykalnie ubywać kleryków. Holendrzy, którzy w latach 20- i 30- poprzedniego wieku byli największymi „eksporterami misjonarzy”, dziś szczęśliwi są, jeśli rocznie wyświęcają ponad 10 księży katolickich. Przy czym nominalnie ¼ szesnastomilionowej populacji Holandii to katolicy.

    I ta deprecjacja pojęcia szczególnie wyróżnionej przecież relacji z Bogiem tak mnie w Holandii zniesmaczyła, że zacząłem tropić te nadużycia i – gdzie się da – rugować je z przestrzeni publicznej. „Powołanie lidera biznesu” niestety wpisuje się doskonale w takie właśnie tworzenie szumu informacyjnego, zaciemnianie znaczeń. Zestawienie w tytule pracy Komisji Iustitia et Pax słowa „powołanie”, tradycyjnie używanego prawie wyłącznie do powołań kapłańskich, ze zbitką „lider biznesu” może by było ciekawym paradoksem inspirującym czytelnika do nowych skojarzeń, gdyby taki był zamysł autorów. Niestety – w dokumencie nie ma ani śladu wskazującego na ocierający się o antynomię paradoks. Przeciwnie – autorzy śmiertelnie poważnie podtrzymują tezę, że liderzy biznesu otrzymali od Najwyższego właśnie taki znak – powołanie. Zupełnie jak kapłani. I że ich życie i praca są tak niezwykle ważne, bo mają nadprzyrodzony charakter właśnie poprzez to „wołanie Pana Boga”.

    Jest nawet gorzej – w „Powołaniu lidera biznesu” nie tylko nie ma śladu, że powołanie to jakieś niezwyczajne wydarzenie – ale nie da się też znaleźć nic szczególnego o łasce Bożej, która powinna być nieodłączną cechą powołania.

    Tymczasem realia są twarde.

    Nie mam żadnego szczególnego „powołania”. Po prostu przyzwoicie staram się wypełniać zadania szefa firmy. Jestem oczywiście unikalny, bo szefów jest zdecydowanie mniej niż podwładnych. Ale to wynika ze statystyki a nie z ‘palca Bożego’, który mnie wskazał i namaścił na „powołanego”. Nie usłyszałem żadnego głosu z Nieba, nie było w moim życiu żadnego wydarzenia, nie czuję się beneficjentem żadnej szczególnej łaski Bożej. Nie jestem w żaden sposób lepszy od mojego podwładnego w firmie. Bo on też nie ma żadnego „powołania podążacza” (ang.: leader – follower), tylko stara się wypełniać dobrze swój odcinek roboty. Oczywiście zwracam się do Boga w sprawach, których sam nie umiem rozwiązać. I pewnie robią to moi podwładni. Dostaliśmy od Najwyższego trochę zdolności, trochę talentów. Ale czy to oznacza, że tu ktoś ma jakiekolwiek „powołanie”?

    Praca „Powołanie lidera biznesu” byłaby może uczciwsza, gdyby ją zatytułować: „Zadania lidera biznesu w świetle Katolickiej Nauki Społecznej”. Może by nas wtedy nie rozpierała duma granicząca z pychą?

  7. ()

    Pan Paweł Falicki wykazał się powyżej intuicją na temat: „Co biskup miał na myśli”. Przy czym główną miarą słów biskupa jest jego własne rozumienie słowa powołania. W odpowiedzi postanowiłem sięgnąć do źródła nie aż tak subiektywnego, bo do samego Katechizmu Kościoła Katolickiego, spojrzałem na kolejne punkty mówiące o powołaniu. Oto moje refleksje.

    Pkt. 27: „Powołanie człowieka do uczestniczenia w życiu Boga”. Dotyczy to także liderów biznesu, także w miejscu pracy, nie tylko po robocie. To jest jedna z głównych myśli dokumentu.
    130: Człowiek otrzymuje powołanie od Boga, aby wypełnić Jego plan (np. powołanie patriarchów i Wyjście z Egiptu). Dokument ukazuje, jaki plan ma Bóg dla liderów biznesu.
    289: Opis stworzenia w Księdze Rodzaju mówi m.in. o powołaniu człowieka. Tam nie ma jeszcze niczego o kapłaństwie, a o pracy owszem.
    332: Aniołowie przekazują m.in. informacje na temat powołania. Ten dokument, choć nie został dany przez aniołów (ma swoje wady), dla wielu jest Bożą inspiracją. Słyszałem świadectwa.
    373: Człowiek jest powołany do czynienia sobie ziemi poddaną. Już ten jeden punkt w pełni wystarcza do stwierdzenia, że lider biznesu otrzymał powołanie.
    490: Maryja może przyjąć swoje powołanie dlatego, że jest przeniknięta łaską Bożą. Lider biznesu, który zamyka się na Bożą łaskę, nigdy nie zrozumie i nie przyjmie swojego „powołania”. Myślę, że to jest powód, dlaczego ten dokument nie zrewolucjonizuje światowej gospodarki.
    539: Powołanie do wierności Bogu. Dokument pomaga tę wierność zachować, bo przestrzega przed różnymi formami niewierności.
    762: Abraham jest powołany do tego, aby stać się ojcem wielkiego narodu. Moja swobodna interpretacja: im więcej firma ma „dzieci” w postaci pracowników, kontrahentów, klientów itd., tym większa odpowiedzialność spoczywa na liderze.
    784: Wchodząc przez chrzest do Ludu Bożego otrzymuje się uczestnictwo w powołaniu kapłańskim tego ludu. Proszę się nie bać tego słowa, tylko je zgłębiać. Ono nie oznacza władzy, lecz służbę. Niestety, zarówno wielu kapłanów hierarchicznych, jak i świeckich (np. na Zachodzie) o tym zapomina. O służbie zaś w „Powołaniu lidera biznesu” jest całkiem sporo, choć to słowo jako niemodne jest często zastępowane innymi zwrotami.
    821: Odnowa Kościoła dokonuje się dzięki coraz większej wierności jego powołaniu. „Powołanie lidera biznesu” dla wielu katolików jest dokumentem trudnym, bo uświadamia im, że ich zadaniem jest dążenie do większej wierności Bogu, a nie oddzielanie życia zawodowego od wymagań wiary.
    898,899,900: Powołanie ludzi świeckich. Świeccy są powołani do budowania Królestwa Bożego przez zajmowanie się sprawami świeckimi. Przekładając to na nasze: czy jak na moją budowę przyjdzie Inspektor Nadzoru, to czy nie będzie afery, że znowu coś… (czyt. poszło nie tak). A więc chodzi o to, żebym użył całej mojej wiedzy, energii, dostępnych zasobów do tego, żeby efekt mojej pracy był jak najlepszy. Żebym nie budował byle czego z byle czego.

    Ze względu na ograniczone zasoby czasowe przeanalizowałem pierwsze 1000 punktów z KKK, następne czekają na kolejnego śmiałka. Uważam, że użycie słowa „powołanie” w odniesieniu do liderów biznesu jest całkowicie uzasadnione. Dokument ukazuje różne aspekty owego powołania, wymaga intelektualnego i duchowego wysiłku w celu przyswojenia sobie tego słowa. Przede wszystkim ukazuje wielkość powołania lidera biznesu. Jedni umieją się nim zachwycić, ucieszyć darem, jaki dał im Bóg. A inni, no cóż, wolą żeby Pan Bóg od ich interesu trzymał się z daleka.

  8. ()

    Panie Pawle,
    Podstawowym problemem jest to, że Pan kompletnie rozmija się z Kościołem w kwestii powołania, a dla wierzących – przypominam- nauka Kościoła, to nauka samego Chrystusa. Każdy z nas – także Pan – jest powołany do świętości (KKK 941). Nasza praca ma być zaczynem apostolstwa (KKK 940).  Polecam Panu przemyśleć pkt899 Katechizmu. Czym jest świętość i jaki jest jej związek z Miłością omawia pkt 826 (swoją drogą bardzo mylnie Pan interpretuje słowa bp Rysia o powołaniu do Miłości- wydaje się Panu, że powołanie jedynie do Niej  wyklucza inne powołania. Jest to nieprawdziwe w świetle słów samego Biskupa:  „jakiekolwiek powołanie, jakąkolwiek drogę życiową człowiek odnajduje, to ono się mieści ostatecznie w tym jednym, jedynym  powołaniu człowieka, jakim jest powołanie do miłości”).

    Pana tekst zaczyna się od dziwnych rozważań na temat  pychy. Rzekomo  „Już wydawało się, że jesteśmy wszyscy szalenie utalentowani, mamy unikalne zdolności, jesteśmy crème de la crème społeczeństwa. Geniusze organizacji, kreatorzy światowej ekonomii, żywiciele ubogich i społeczni filantropi. Co jakiś czas dowartościowujemy się identyfikując się z duszpasterstwem – nomen omen – „Talent”, gdzie co rusz dowiadujemy się o naszej wyjątkowości”. Skąd takie absurdy? A może z tego, że myli Pan słowo powołanie z wyróżnieniem? W końcu zdarzyło się to i Apostołom: „«Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie»”. I im wydawało się, że czekają ich zaszczyty, ale powołanie to zupełnie inne wyróżnienie. To zaszczyt stawania się drugim Chrystusem przez naśladowanie Go i wzięcie swojego krzyża. Przed laty byłem na konferencji katolickich biznesmenów. Po wykładzie fenomenalnego biblisty ks. prof. Chrostowskiego z sali padło pytanie: „A jak to jest z tym wielbłądem i uchem igielnym?”. Wszyscy wstrzymali oddech – widać było lęk w oczach. Strach ten jest uzasadniony  – Chrystus jednoznacznie powiedział, że nam ludziom zamożnym trudno będzie wejść do Królestwa Niebieskiego! Tak, jesteśmy wyjątkowi – ryzykujemy bycie wyjątkową grupą wiernych, którzy mimo swojego zaangażowania wyjątkowo mogą nie dostąpić zbawienia, bo nasze decyzje i postawy dotykają wielu, łatwo więc o krzywdę. Jest jednak i druga strona – skoro Bóg Pana skierował do sprzedaży młotków, to zrobił to w jakimś celu. I nie jest to zysk. Jest nim drugi człowiek, pomożenie mu w znalezieniu Boga, jego prawdziwego szczęścia. Zysk może być narzędziem do realizacji Pana powołania.

    I jeszcze jedno – pisze Pan o tragedii, która wydarzyła się w Holandii: powierzchowna znajomość nauk Soboru, a właściwie wybranie z niej tego co wygodne podmyło fundamenty Kościoła w tym nieszczęśliwym kraju.  Wg Pana głosili oni, że dobrze wykonywana praca to już jest wypełnianie powołania. I mieliby rację, gdyby nie zapomnieli, że to jest tylko środek do celu, do apostolstwa. Hydraulik, który dobrze wykonuje swoją pracę i nie klnie, nie oszukuje to przynajmniej w Polsce rzadkość. Gdy się kogoś takiego spotyka – zostaje on w pamięci. Może stać się apostołem dla wielu ludzi. Musi on jednak świetnie wykonywać swą pracę – warunek konieczny choć niewystarczającą. Musi wykraczać poza relacje biznesowe – musi myśleć nie tyle o usłudze, a bardziej o człowieku, dla którego ją świadczy. Holendrzy sprowadzili powołanie do dobrze wykonywanej pracy zapominając o celu zasadniczym. Pan mówi:  „przyzwoicie staram się wypełniać zadania szefa firmy”. Podobnie jak Holendrzy, o których Pan pisał gubi Pan zasadniczy cel WSZYSTKICH DZIAŁAŃ jakim jest apostolstwo Miłości. Nie wnikanie w sens nauczenia Kościoła, ocenianie go przez pryzmat ułomnej teorii / ideologii oślepia nas wszystkich. Proszę się wsłuchać w treść dzisiejszej (19 XI 12) Ewangelii (polecam: http://www.modlitwawdrodze.pl/ ).

    Potrzeba więcej pokory, a mniej ocen. „Powołanie lidera biznesu” nazywa się trafnie i mówi o tym co najważniejsze w naszym apostolstwie na Ziemi. Trzeba tylko w to się chcieć wgryźć i odłożyć na bok swoje bożki, swoje przekonania. Problem nie tkwi w dokumencie, a nawet w świecie zewnętrznym . On tkwi w nas, w naszych sercach, bo nie chcemy przyjąć tego co Boskie. Trzymany się kurczowo swoich wyobrażeń, przekonań, chcemy by było po naszemu, by Bóg robił to co nam wygodne. „Chcesz zmienić świat? Zacznij od siebie!” (bł. Teresa z Kalkuty). I to jest uczciwsze postawienie sprawy.        

  9. ()

    „Uderz w stół, a nożyce się odezwą”!

    Ledwo napisałem, że „trzeba będzie teraz akrobatycznych wywodów intelektualnych” – i proszę, są, a jakże.

    Drodzy Moi Oponenci ! Po pierwsze: proponuję zamiast polegać na automatycznych wyszukiwarkach słowa „powołanie” – poprosić ks. biskupa Rysia, by – jeśli mu czas pozwoli – rozwinął nam trochę te myśli o naturze powołania. Mam wrażenie, że się okaże, iż potocznych „powołań” jest całe multum, ale wszystkie te popularne znaczenia mieszczą się właśnie w ‚powołaniu do miłości’. Być może mieści się w nim nawet „powołanie do świętości” z ostatniej wersji Katechizmu KK. Ale żeby nie było na mnie, że coś zgaduję – to najprościej by było zapytać o to księdza biskupa. Ja po prostu usłyszałem, że „powołanie jest wydarzeniem” i zauważyłem, że nie odczułem (nie usłyszałem) takiego wydarzenia w moim życiu. Wydaje mi się, że samo zarejestrowanie spółki z o.o. i przyzwoite jej prowadzenie to jeszcze nie jest żadne ‚powołanie lidera biznesu’. Ale może coś źle zrozumiałem, więc proszę o sprostowanie i wytłumaczenie.

    Uprzejmie proszę również o zauważenie, że nie zajmowałem się w swoim komentarzu n.t. ‚powołania’ pierwszą myślą ks. biskupa („… jednym, jedynym powołaniem, które zna chrześcijaństwo to jest powołanie do miłości. Wszystko inne jest formą.”). Słowo „miłość” jest po prostu za duże na moje marne kwalifikacje polemisty i nie podejmuję się komentować takiej tezy. Poza tym to, na ile mam w sobie miłość i mogę się nią dzielić z otoczeniem, jest sprawą dość intymną, szczególnie w mojej relacji z Panem Bogiem. Natomiast odnoszę wrażenie, że moi Czcigodni Oponenci uzyskali jakieś (hm…) powołanie do wyjaśniania słów ks. biskupa, a nawet nakładanie na mnie niemal ekskomuniki (za „rozmijanie się z Kościołem”?). Dlatego niniejszym informuję, że nie zamierzam opuścić dobrowolnie Kościoła Katolickiego mimo, że nie klękam nabożnie przed naszpikowanym socjalistycznymi myślami dokumentem Komisji Iustitia et Pax pt. „Powołanie lidera biznesu”.

  10. ()

    Panie Zbigniewie! Co Pan taki się antypolski zrobił???? Wie Pan, jak nam zazdroszczą hydraulików Francuzi? Ja znam kilku bardzo porządnych hydraulików, którzy wcale nie klną. A jeden to nawet co jakiś czas jeździ do Medżjugorie, a tam przecież nic tylko nawrócenia i nawrócenia (chociaż miejscowy biskup ma spore wątpliwości co do „objawień”), więc chyba nie trzeba się tak dołować… Optymizmu!

  11. ()

    Panie Pawle,
    Nisko cenię takie gierki słowne. Nie będę wchodził w dyskusję z Pana postem (tym zaczynającym się od słów „Uderz w stół…”), bo nudzą mnie takie erystyczne popisy. Spróbuję za to sprowadzić rozmowę do poziomu uczciwych argumentów.

    Tak szczerze mówiąc wprowadził Pan taki mętlik w swoich wpisach,  że nie wiem już co Pan przedstawia. Pewnie to moja słabość, ale w takim gąszczu publicystycznych chwytów mój prosty rozum się gubi. Poproszę więc o wypunktowanie Pana tez. Jeśli można bez wodolejstwa, cudownie gdyby to były zwięzłe równoleżniki zdań.

  12. ()

    Oczywiście chodzi mi o równoważniki zdań. Przepraszam!
    :)

  13. ()

    Do ks. Przemka,

    Czym według Księdza jest powołanie przedsiębiorcy. Proszę o krótką refleskję.

Dodaj swój komentarz

Komentarze niepodpisane imieniem i nazwiskiem nie są publikowane.

© 2011 Duszpasterstwo Talent. All rights reserved.

Szanujemy Twoją prywatność.