Wiara i zaangażowanie społeczne

Autor | Dodano
Kategorie: 2005 nr 4, Biuletyn TALENT | Tagi: , , , ,

Jest niewątpliwym paradoksem, że zasady, które zostały wypracowane w odległej przeszłości, wciąż zachowują zadziwiającą świeżość, podczas gdy nowe ideologie znikają ze sceny życia jeszcze szybciej, niż się na niej pojawiły. Dowodu na to dostarcza książka G.K. Chestertona, która nosi znamienny tytuł Ortodoksja i takiemu zagadnieniu jest poświęcona. Obserwując różnorodność czasów i ich zmienność, angielski apologeta zauważa, że jeśli w starożytności heretyk zawsze chciał być uznawany za prawowiernego, to dzisiaj nawet najbardziej prawowierni noszą w sobie subtelną i osobliwą ambicję, aby przynajmniej wzbudzić podejrzenie, że są w jakiejś dziedzinie nieortodoksyjni. Wynika to przede wszystkim z braków w aktualnej wizji życia i kultury oraz z uporczywego poszukiwania inności i szczególności, które zostały uznane za najwyższe kryterium nowoczesności.

Tym, co dzisiaj interesuje ludzi, jest inność, i nie jest ważne, jak się ma ona do kwestii prawdy. Postępuje się naprzód w rytmie dialektycznym i różnicującym, bardziej oddzielając się niż wyróżniając, bardziej tworząc antytezy niż syntezy, nawet jeśli dużo mówi się o jedności wiedzy. Zainteresowanie budzą problemy praktyczne, alternatywy mające bezpośrednie zastosowanie, ortodoksja ze szkodą dla ortodoksji, a nawet często ją zastępująca. Rozważaniom nad zasadami absolutnymi i transcendentnymi towarzyszy posądzanie o poruszanie się w jakimś mitologicznym klimacie, który woła o odmitologizowanie. Niejednokrotnie religia jest redukowana do informacji racjonalnej lub psychologicznej, do etyki sytuacyjnej, do autonomicznego propagowania braterstwa i filantropii. Wydaje się niemal, że człowiek nie potrzebuje Boga, by czynić dobro, by kochać swego bliźniego. Tak bardzo przemilcza się konstytutywne relacje osoby ludzkiej z Bogiem i z innymi ludźmi.

Aby podkreślić znaczenie tego przewrotu kulturowego, Chesterton odwołał się do anegdoty. Otóż, na ulicy zrobiło się wielkie zamieszanie obok lampy na gaz, gdyż wielu wpływowych ludzi uznało, że należy ją zlikwidować. Na to wszystko przyszedł pewien mnich ubrany na szaro, któremu postawiono pytanie, co sądzi o tym przedsięwzięciu. Mnich w drętwy scholastyczny sposób usiłował udzielić odpowiedzi: „Bracia, zważmy przede wszystkim na wartość światła. Jeśli światło jest dobre w sobie…”. Usłyszawszy te słowa, wszyscy otwarli oczy ze zdumienia. Cóż on mówi? Przecież to jest kwestia praktyczna, a on chce filozofować. Szybko pozbyto się więc mnicha. Wszyscy rzucili się na lampę, którą w kilka minut przewrócili, gratulując sobie zmysłu praktycznego. Jednak równie szybko zdano sobie sprawę, że kwestia jest o wiele bardziej skomplikowana. Niektórzy przewrócili lampę, bo chcieli światła elektrycznego; inni, ponieważ chcieli pozbyć się starocia; jeszcze inni, ponieważ lubili ciemności, które ukrywały ich niegodziwość. Byli także tacy, którzy myśleli, że jedna lampa nie jest w ogóle potrzebna, oraz tacy, którzy chcieli po prostu zrobić na złość zarządowi miasta i uderzyć we władzę. Był wśród tych ludzi i ktoś taki, kto zamierzał po prostu coś zniszczyć, bo cieszy go niszczenie. „W ten sposób – kończy Chesterton – walczy się w nocy, nie wiedząc w kogo się uderza. Stopniowo i nieuchronnie, dzisiaj, jutro lub pojutrze, okaże się, że mnich miał rację i że wszystko zależy od filozofii światła”.

G.K. Chesterton jest bardzo aktualnym apologetą – aktualnym w polityce, administracji, moralności czy religii. Resentyment w stosunku do lampy na gaz doprowadził tamtych dziwnych obywateli do zniszczenia jej z bardzo różnorodnych i sprzecznych racji. Tymczasem nie można bez poważnej racji dokonywać posunięć liberalizujących zasady życia społecznego, jeżeli wcześniej nie ustaliło się, czym jest wolność. W przeciwnym razie dochodzi się do narzucenia innym prywatnych opinii (robiąc z opinii dogmaty, a z dogmatów opinie), które nie mają uzasadnienia nawet praktycznego. Zresztą sama możliwość wydawania opinii również wypływa z autentycznego pojęcia wolności. Dążenie do afirmacji wolności, opierające się na pozbawieniu jej fundamentów, bądź też propozycja moralności bez wartości absolutnych oznacza eliminowanie celu, który nadaje sens naszym czynom. Człowiek bez wartości absolutnych, moralnych i religijnych zostaje pozbawiony czegoś, co dla niego jest rzeczywiście istotne. Nawet jeśli jest obdarzony wysoką świadomością etyczną, to zawsze jest podobny do tego, kto usiłuje biegać, posługując się jedną nogą.

Te rozważania, wynikające ze zdrowego rozsądku, wydają się odpowiednie, gdy chcemy mówić o zaangażowaniu społecznym. Jesteśmy dzisiaj świadkami szaleństwa rozbijającego kulturę duszy, godność ludzką, a także samą cywilizację. Co więcej, uznaje się za osiągnięcie społeczne prawodawstwo szkodliwe dla moralności społecznej. Nie brakuje zaniedbań i interpretacji prawnych promujących złe obyczaje i wywołujących oskarżenia uwarunkowane ideologicznie, na przykład w dziedzinie „wolności słowa” oderwanej od oceny moralnej i często zmieniającej się zależnie od regionu, jakby sprawiedliwość – jak trafnie powiedział Pascal – była „z drugiej strony Pirenejów”. Czy zatem wolność nie powinna być doskonalona, gdy jest sprzeczna i szkodliwa dla humanizmu integralnego, będącego fundamentem dla wychowania społecznego jakiegoś narodu? To, co nie służy rozwojowi człowieka w dziedzinie jego powołania i misji, prowadzi do degradowania go, a końcu do jego likwidacji. Gorzkim owocem zatrucia sumień, za które w znacznym stopniu ponoszą odpowiedzialność środki społecznego przekazu niekierujące się zasadami etycznymi, są rozmaite przestępstwa, porwania, kradzieże, gwałty, jak również degradowanie dziedzictwa artystycznego, tak często dewaluowanego i pozbawianego wartości wychowawczej, którą piękno artystyczne tworzy w duszach. To też jest znakiem postawy anarchicznej, u której podstaw stoi coraz bardziej agresywna amoralność. Będzie się w stanie zachować i obronić „dobra kulturowe” tylko w takiej mierze, w jakiej będzie się bronić i zachowywać „dobra duchowe”. Bez ciągłej uwagi zwracanej na perwersje, których dokonują w sumieniach, nieuchronnie rozwiną się „zła kulturowe”, czyniące niepewnym ludzkie współżycie. Jest groteską mówienie o reformach, programach polepszenia sytuacji, jeśli ten, kto o tym mówi, uważa, że jest oczekiwanym i zbawiennym prorokiem, a nie ma pojęcia o osobistej wolności moralnej i kpi sobie ze sprawiedliwości społecznej. Zanim zacznie się proponować moralizujące programy, powinno się uleczyć i odpowiednio uformować samych ich twórców. Spojrzenia tylko ideologiczne, braki humanistyczne w wizji politycznej, programy wyizolowane i częściowe mogą wywoływać wrażenie rozwiniętych propozycji, gdy w rzeczywistości są zacofane, fantazjują o postępie, a ukrywają pustkę realizacyjną czy też są niemożliwe do zastosowania. Szuka się innowacji w dziwnych propozycjach, które najczęściej nie są niczym innym, jak tylko manifestacją kompleksu niższości. Prowadzi to do wielu nieporozumień w życiu prywatnym i publicznym.

Polityka, ekonomia, prawodawstwo czy kultura bez moralności nie mogą zagwarantować harmonijnej relacji między władzą i wolnością, między dobrem prywatnym i dobrem wspólnym, między dobrem duchowym i dobrobytem ekonomicznym. Wolność zmieni się w tyranię albo wzbudzi wzajemne podejrzenia, dobro osobiste w egoistyczny interes, dobro wspólne w anonimowy kolektywizm, dobrobyt ekonomiczny w destrukcyjny konsumizm. Tylko społeczeństwo dobrobytu moralnego uniknie rozbicia tych wartości konstytutywnych dla twórczej kultury ludzkiej. Ale czy te rzeczywistości etyczne i duchowe są skutecznie nauczane w szkołach? Czy propaguje się owocne i konkretne wychowanie obywatelskie? Jakiej kultury duszy naucza się na uniwersytetach? Czy wraz z przygotowaniem zawodowym prowadzi się odpowiednią formację moralną? Czy przekazuje się to wychowanie w prasie, kinie, radiu i telewizji?

W opowiadaniu Stary człowiek i morze Ernest Hemingway opowiada o tym, jak przez osiemdziesiąt cztery dni stary rybak zarzucał sieci, by wydobyć rybę, która nagrodziłaby jego gorzki i samotny trud. Dopiero w osiemdziesiątym piątym dniu udało mu się to. Po morderczej walce zdołał ogromną rybę wreszcie pokonać. Ale przypłynęły rekiny, które zaczęły odbierać mu zdobycz. Po dopłynięciu do brzegu został mu tylko szkielet i współczucie ludzi. Starzec był sam i zbyt wiele oczekiwał. „Gdyby był chłopiec” – powtarzał do siebie, myśląc o swoim młodym przyjacielu.

Opowiadanie jest emblematyczne i symboliczne. Nierzadko ludzie, także sprawujący władzę, są dzisiaj podobni do tego samotnego rybaka, który widzi, jak rekiny, którymi są kolektywne formy zła, niszczą to, co z trudem, całą swoją dobrą wolą, są w stanie zebrać. Najbardziej heroiczne dążenia giną w niezgłębionym morzu czasu, gdy nie towarzyszy im wiara, która napełnia ludzką samotność i nieskuteczność. Wiara przeżywana w Kościele daje nam pewność, że Bóg jest z nami. Bóg jest z nami, a my możemy i musimy połączyć się ze sobą we wspólnym działaniu solidarnego braterstwa.

Podziel się:

O autorze



Dodaj swój komentarz

Komentarze niepodpisane imieniem i nazwiskiem nie są publikowane.

© 2011 Duszpasterstwo Talent. All rights reserved.

Szanujemy Twoją prywatność.