Jak produkować młotki?

Autor | Dodano komentarzy 8
Kategorie: Chrześcijanin w biznesie | Tagi:

„Pułapki rachunku sumienia” to krytyka dokumentu „Powołanie lidera biznesu” dokonana przez Pawła Falickiego podczas konferencji w Krakowie, która zaintrygowała mnie niezmiernie. W wystąpieniu został poruszony cały szereg problemów, w tym tekście chciałbym zastanowić się nad pytaniem: czy w watykańskim dokumencie znajdzie się coś pomagającego w lepszej produkcji młotków? Tytułowe młotki są nawiązaniem do przedmiotu działalności gospodarczej prelegenta, który wprawdzie nimi tylko handluje, nie produkując ich, ale sprawa produkcji gdzieś tam musi mieć miejsce i to może być pretekstem do niniejszych krótkich rozważań. Z kolei zadane przed chwilą pytanie wypływa z ogólnego wydźwięku wypowiedzi pana Pawła Falickiego, iż w tym dokumencie trudno znaleźć coś pomagającego w biznesie, a więc i w lepszej produkcji młotków.

Być może jestem niesprawiedliwy względem pana Pawła Falickiego, ale słuchając go miałem wrażenie iż jest przekonany, że poszczególni ludzie są istotami skończonymi, ostatecznie uformowanymi, o których już wszystko wiadomo. Wiadomo, że jeden ma żonę, a drugi dwie kochanki. Wiadomo, komu można delegować obowiązki, a komu nie. Można się domyśleć, że żaden z nich już prochu nie wymyśli, ani sam siebie nie przeskoczy. Pan Paweł Falicki (o ile dobrze go zrozumiałem) nie jest tu oryginalny. Powszechnie tak się widzi ludzi i sami ludzie powszechnie tak widzą siebie samych. To powszechne widzenie radykalnie kontrastuje z tym czego możemy się dowiedzieć z Ewangelii: że Bóg świetnie sobie zdaje sprawę, iż ludzie wykorzystują zaledwie parę procent swego potencjału. To powszechne widzenie radykalnie kontrastuje z nauczaniem Kościoła, że człowiek ma bardzo duże trudności ze zrozumieniem siebie samego, odkryciem tajemnicy swojej własnej osoby.1

Jeden pracownik ma żonę, a drugi dwie kochanki. I wszystko o nich już wiadomo. Domyślamy się też czegoś na temat ich szefa – że ten jest święcie przekonany, iż wszystko już wie. Nic go w życiu nie zaskoczy. Pozwolę sobie tu nieco rozwinąć wątek odnośnie wszystkich trzech panów z zakładu produkcji młotków – oczywiście fantazjując, bo przecież ja sam niczego o tych panach nie wiem. Ale hipotetycznie spróbujmy sobie wyobrazić, że następuje jednak coś zaskakującego. Pan mający żonę czy to sam, czy też dzięki pomocy Duszpasterstwa „Talent”, nieoczekiwanie wyzwala się spod tyranii swojej matki (a na to już najwyższy czas, bo niedługo sam będzie miał wnuki). Pan mający dwie kochanki na zasadzie gratisowej podejmuje się względem kolegów prowadzenia kursu „jak podrywać panie”, wychodząc naprzeciw tej wielkiej i pilnej potrzebie społecznej. A ich szef podejmuje decyzję, aby obok produkcji młotków uruchomić dział produkcji procesorów. Każdy z trzech panów w krótkim czasie z człowieka starego staje się człowiekiem młodym, oczywiście w sensie duchowym. Wcześniej było wiadomo, że w jego życiu już się nic nie zmieni. Ale teraz się zmieniło.

Wypowiedź pana Pawła Falickiego spotkała się z ciekawą ripostą ze strony profesora Ryszarda Stockiego, a zawierającą komentarz do oskarżeń, iż ostatni dokument watykański nosi na sobie piętno myślenia marksistowskiego: Jeśli mogę pomóc panu Falickiemu w samookreśleniu się. Walka klas nie jest najbardziej kluczowym hasłem Marksa. Jego podstawowym hasłem jest „byt kształtuje świadomość”. Liberalizm ekonomiczny, czyli myślenie kategoriami „ja się zajmuję młotkami”, „moja podstawowa sprawa to jest być”, to jest właśnie myślenie kategoriami bytu, który kształtuje świadomość. To jest bardzo ważna odpowiedź na pytanie, jaka jest postawa marksistowska. Jeśli bym miał odpowiedzieć w jednym zdaniu, jakie jest myślenie chrześcijańskie, to „świadomość kształtuje byt”. A nawet więcej: miłość kształtuje byt. Nauczanie Kościoła jest wbrew naturze. Zdałem sobie z tego w pełni sprawę, kiedy przeczytałem komentarz Ratzingera do encykliki „Fides et ratio”. Powiedział on, że naturalną wiarą, która istniała wśród Żydów, był złoty cielec. Jahwe to był Bóg uniwersalny, który został temu ludowi narzucony przez samego Boga, i to nie jest naturalna wiara. Musimy podważyć naszą naturę, nasze geny, bo wiara jest nie z tego świata. Profesor Stocki bycie chrześcijaninem sprowadza do prowadzenia takiego stylu życia, który jest odmienny od stylu tego świata. Ten odmienny styl kształtuje odmienny świat, kroczek po kroczku urzeczywistniające się Królestwo Boże.

Jak brzmią słowa bł. Jana Pawła II o tym, że człowiek nie może zrozumieć samego siebie? Brzmią jak oskarżenie względem tego naszego świata społeczno-gospodarczego, w którym poszczególni ludzie są istotami skończonymi, ostatecznie uformowanymi, o których już wszystko wiadomo, którzy nie mają potrzeby by rozumieć samych siebie. Oskarżenie względem świata postmarksistowskiego, oskarżenie względem statycznej niewydolnej gospodarki, oskarżenie względem społeczeństwa, w którym nowe pokolenia mogą albo wejść w młyn miażdżący człowieczeństwo, albo wyjechać na Wyspy.

Kiedy produkcja młotków jest uczestniczeniem w Bożym dziele stwarzania świata?

Papież Jan Paweł II w encyklice „Laborem exercens” umieścił słowa powtórzone w omawianym niedawnym dokumencie watykańskim, że „Człowiek, stworzony na obraz Boga, przez swoją pracę uczestniczy w dziele swego Stwórcy – i na miarę swoich ludzkich możliwości poniekąd dalej je rozwija i dopełnia, postępując wciąż naprzód w odsłanianiu ukrytych w całym stworzeniu zasobów i wartości”.2 Tak więc ludzka praca jest uczestniczeniem w Bożym dziele stwarzania świata. Czy każda praca? Nie. Wykluczenia opisane są i w „Laborem exercens”, i w dokumencie „Powołanie lidera biznesu – refleksja”.

Oto jak by można streścić sytuacje, gdy ludzka praca nie jest godna być nazwaną uczestniczeniem w Bożym dziele stwarzania świata. Inaczej mówiąc, gdy praca jest zła.

Złą pracą jest każda działalność bezsensowna, nie zmierzająca najprostszą drogą do celu, uwłaczająca zdrowemu rozsądkowi i godności człowieka. Złą pracą jest wytwarzanie przedmiotów bezużytecznych, szpetnych, szkodliwych dla człowieka; jest nią także wytwarzanie rzeczy za cenę życia i zdrowia ludzkiego. Źródłem złej pracy jest skrajna ekonomizacja pracy, to znaczy jej ocena wyłącznie w kategoriach ekonomicznych. System złej pracy oznacza małą wydajność, zaniżone pensje i demoralizację pracowników.

Praca jest nieludzka kiedy odbywa się na zasadzie „żerowania”, „pod batem” lub „mrowiska”. W modelu „żerowania” człowiek pracuje wtedy i dlatego jedynie, że musi zaspokoić swoje instynkty (głodu, przyjemności, władzy, posiadania itp.). Nie tylko sam fakt pracy, ale jej charakter i sposób jej wykonywania są temu podporządkowane; determinuje to także jego stosunek do świata i drugiego człowieka. W modelu „pod batem” praca wykonywana jest pod przymusem, ze zdeptaniem wolności człowieka. W modelu „mrowiska” człowiek jest pozbawiony własnej podmiotowości, a nawet świadomości systemu swej pracy, i spełnia jedynie wyznaczone zadania.

Odwrotnością złej pracy jest praca wykonywana z miłością. Jest to praca, którą się lubi i dzięki temu może się pracować dobrze, skutecznie i owocnie. Ażeby pracować z miłością, trzeba umieć pracować; szanować i rozumieć tworzywo, znać narzędzie i zdobyć pewne mistrzostwo w posługiwaniu się nim, mieć szacunek dla rzeczywistości i pragnąć nadawać jej nowe wartości. Wiąże się z tym radość z dobra, które powstaje pod ręką człowieka, z nowych wartości, rodzących się dzięki myśli i wysiłkowi człowieka; radość wyraża się w satysfakcji z poniesionej ofiary, z trudu, który nie był daremny. Człowiek jest w pełni twórczy wtedy, kiedy ma świadomość, że pracuje dla innych, że praca służy wszystkim korzystającym z jej wytworów, że poprzez pracę świadczy ludziom dobro, że czuje się potrzebny, pożyteczny, staje się aktywnym czynnikiem podnoszenia jakości życia i kształtowania cywilizacji. Istotna jest również postawa współdziałania ze swymi współpracownikami w duchu wspólnoty.3

Pan Paweł Falicki oddziela sprawę ludzkiej godności od przedmiotu działalności firmy. Na konferencji usłyszeliśmy: Ogólny, integralny rozwój pracowników czy też w ogóle ludzi związanych z firmą, wcale nie musi czynić firmy bardziej wydajną, sprawną i dochodową. To w ogóle nie jest kwestia wiary, tylko wiedzy, bo taki rezultat można przecież zmierzyć. Godność człowieka zawsze musi być stawiana na pierwszym miejscu. Nie zawsze jednak to przyczynia się do rozwoju firmy. Przyznam jednak, że w większości przypadków poważne podchodzenie do godności ludzkiej jakoś procentuje pozytywnie u mnie w firmie. Przynajmniej spokojem i dobrą atmosferą. Należy więc przestrzegać godności człowieka ze względu na wyznawaną wiarę lub hierarchię wartości, ale sprawy rozwoju firmy należą do osobnej, niezależnej płaszczyzny. Porównanie godności z marżą to tak jak porównanie długości z ciężarem.

Pan Paweł Falicki odnosi się też z awersją do myśli, iż przedsiębiorstwo kształtuje swoje otoczenie. Sprzedaję młotki tym, którzy chcą kupić młotki. Natomiast nie jest moim zadaniem promowanie odpowiedzialnej konsumpcji. Do tego służą organizacje konsumenckie, stowarzyszenia, a nie przedsiębiorstwa. Konsumenci mają własne rozumy, sumienia i wolna wolę. Są osobami. I nie chcę kwestionować decyzji Pana Boga obdarzenia człowieka wolną wolą. I nieco dalej: Nie możemy brać odpowiedzialności za rozwój społeczności.

Myślenie powyższymi kategoriami może być nazwane naturalnym; na pewno jest to myślenie powszechne. Kościół w swoim nauczaniu społecznym kieruje się myśleniem nienaturalnym, na co zwracał uwagę profesor Stocki. Drogi Boże nie są drogami ludzkimi. Kiedy Bóg patrzy na młotki wystawione na regale marketu, odróżnia, który z nich został wyprodukowany na zasadzie współuczestnictwa w Jego dziele stwarzania świata, a który wbrew zasadom stworzenia. W każdym z młotków widzi towarzyszącą mu wartość dodaną, wyrażającą się w dobru, które stało się udziałem co najmniej kilku osób, może nawet jakiejś całej społeczność, albo też widzi wartość odjętą, kiedy to ludzkie poniżenie rozlało się szerzej jak woda skażona środkiem toksycznym. Ja oczywiście biorąc do ręki te młotki nie zdołam odróżnić, który z nich szerzy Królestwo Boże, a który niszczy to Królestwo. Ale być może dobry znawca zdoła to odróżnić i po samych młotkach.

Kościół uczy, że grzech ma wymiar społeczny; ponieważ my ludzie stanowimy system naczyń połączonych, każdy grzech w jakiejś choćby śladowej formie dopływa do wszystkich innych. Ale też to samo jest z dobrem – i ono się rozszerza na kształt fali. Ludzkie społeczeństwo jest kształtowane przez interferencje fal dodatnich i ujemnych, i Królestwo Boże to wzrasta, to maleje, w zależności od ludzkich czynów lub ludzkiej bezczynności. Aby to pojąć trzeba się wydobyć ponad naturalny sposób myślenia. W ramach naturalnego sposobu myślenia mieści się i marksizm, i liberalizm; z punktu widzenie Ewangelii różnica między tymi dwoma jest nieistotna.

W ostatnich stuleciach w katolicyzmie zwykło się skupiać uwagę na czystości, ubóstwie i posłuszeństwie. Są to, rzecz jasna, świetne cnoty i warto skupiać na nich uwagę. Należy tu jednak zauważyć, że II Sobór Watykański dokonał znamiennego przewartościowania, przywracając do łask i stawiając na pierwszym miejscu starochrześcijańskie nauczanie, że istotą ludzkiego udziału w życiu Bożym jest uczestnictwo w trojakiej misji Jezusa Chrystusa. Na krakowskiej konferencji temu w dużym stopniu był poświęcony referat ks. dr hab. Jana Machniaka.

Udział w misji prorockiej oznacza, że należy przyjąć Ewangelię i głosić ją światu słowem, a zwłaszcza czynem, świadectwem własnego życia jaśniejącego Bożą prawdą. Udział w misji prorockiej nakazuje śmiało i odważnie demaskować wszelkie przejawy zła. Nakazuje cierpliwie i niezmordowanie dawać wyraz chrześcijańskiej nadziei. Nakazuje kierować się rzetelnym odniesieniem do prawdy w każdej dziedzinie, wychowywać innych w prawdzie i uczyć ich dojrzewać do miłości i sprawiedliwości. Misję prorocką pełni się również i w zakładzie produkcji młotków, mniej słowami, bardziej świadectwem własnego życia i pracy.

Udział w kapłańskiej misji Chrystusa oznacza łączenie się z Nim w ofierze składając samego siebie i wszystkie swoje uczynki, radości, smutki, utrapienia, przez co człowiek świecki staje się duchową ofiarą miłą Bogu. Ofiarowanie się wraz z Chrystusem na stole Eucharystycznym wiąże się z oczyszczeniem i prowadzi do uczestnictwa w jedynym i nieodwracalnym oddaniu człowieka i świata samemu Ojcu. Kto już złożył swoje żale na patenie ołtarza, nie wylewa ich na swoich współpracowników w zakładzie produkcji młotków. Nie jest przygnieciony balastem swoich żali, jest lekki, potrafi okazać radość, potrafi zachować się delikatnie.

Udział w królewskiej misji Chrystusa oznacza podjęcie swojego indywidualnego powołania i poprzez jego realizację służenie temu, aby Królestwo Boże rozszerzało się w dziejach. Przeżywanie chrześcijańskiej królewskości odbywa się drogą duchowej walki, aby pokonać w sobie królestwo grzechu, a następnie poprzez dar z siebie w miłości i sprawiedliwości służyć Jezusowi. Szczególnym zadaniem wiernych świeckich jest przywracać stworzeniu całą jego pierwotną wartość i w ten sposób stawać się współpracownikami Stworzyciela. Należy służyć na wzór Chrystusa, który nie przyszedł, aby Jemu służono, ale by On służył. Prawdziwie „panować” można tylko „służąc”, a równocześnie „służenie” domaga się tej duchowej dojrzałości, którą należy określić właśnie jako „panowanie”. Aby umiejętnie i skutecznie służyć drugim, trzeba umieć panować nad samym sobą, trzeba posiadać cnoty, które to panowanie umożliwiają. Nawet ten kto w zakładzie produkcji młotków pełni najmniej cenioną funkcję, może działać na rzecz szerzenia Królestwa Bożego i tym samym uczestniczyć w królewskiej godności Chrystusa.

To krótkie rozważanie na temat zasad, kiedy to produkcja młotków jest uczestniczeniem w Bożym dziele stwarzania świata, warto zakończyć uwagą, że w ramach naturalnego, światowego sposobu myślenia nigdy nie da się dobrze zarobić na produkcji czy handlu młotkami. Naturalny, światowy sposób myślenia nieuchronnie rodzi ubóstwo, niską jakość, wzajemną wrogość między ludźmi, rozmaite sposoby nadużywania i wyzysku. Po to, aby dobrze zarobić na produkcji i handlu młotkami, trzeba by działać w sposób nienaturalny, drogą budowania Królestwa Bożego. Teologowie wskazują, że w niebie będziemy pracować, a więc również i produkować młotki. Pracować tak, jak Adam pracował w rajskim ogrodzie; skoro Biblia mówi, że kopał rowy nawadniające, to musiał używać i młotka, choćby do zbijania szalunków przy budowie urządzeń wodnych. Dopiero tam, w niebie, to będą prawdziwe młotki, w pełni godne swojej szlachetnej nazwy. Dopiero tam cała społeczność będzie miała z nich korzyść. Ale po troszeczku można tak działać i tu w tym naszym ziemskim życiu – o ile jesteśmy chrześcijanami. Trzeba tylko robić to, co podczas krakowskiej konferencji pani Anna Jaworek ujęła w słowach: Mamy sprzedawać naszą świętość, mamy być solą ziemi.

Kiedy następuje rozwój człowieka pracy?

W wypowiedziach pana Pawła Falickiego daje się zauważyć dosyć zgrubne, statyczne podejście do spraw rozwoju człowieka pracy. Rozwój musi tu być łatwo mierzalny, w rodzaju uzyskania nowych kwalifikacji potwierdzonych zapewne egzaminem kwalifikacyjnym lub oceną rzeczoznawcy. W ramach przedsiębiorstwa tokarz uzyska wsparcie w podnoszeniu własnych kwalifikacji. Ale jeżeli tokarz zechce wyuczyć się zawodu fryzjera, nie wolno mu tego robić na koszt zakładu pracy, niech za własne pieniądze robi to popołudniami. Podobnie winien się zachować, jeżeli chce się nauczyć medytacji zen. Staram się, by pracownicy nie mieli w pracy czasu na głupoty – firma służy do organizacji życia ekonomicznego, a nie innych jego aspektów.

Z punktu widzenia społecznej nauki Kościoła istotny rozwój następuje nie tam, gdzie tokarz staje się fryzjerem, lecz tam, gdzie tokarz staje się bardziej tokarzem. Z pewnością musi to dotyczyć rozwoju jego umiejętności czysto technicznych, ale dużo ważniejszym jest to, co winno następować w jego własnym człowieczeństwie. Karol Wojtyła w swojej antropologii filozoficznej opisywał w jaki sposób następuje wzrost integracji oraz wzrost transcendencji człowieka. Im bardziej następuje wzrost w tych dwóch kierunkach, tym większa korzyść tak dla samego człowieka, jak i jego całego otoczenia, w tym – oczywiście – również i dla jego zakładu pracy. Warto by ów zakład pracy jakoś partycypował w tym wzroście człowieczeństwa, chociaż – tutaj należy zgodzić się z kierunkiem wypowiedzi pana Pawła Falickiego – z poszanowaniem wolności każdego człowieka, bez narzucania mu niczego siłą lub podstępem, bez czynienia go ubezwłasnowolnionym, uzależnionym.

Zapewne istnieje bardzo wiele sposobów działania na podobieństwo katalizatora wspomagającego ludzką integrację i transcendencję. Chciałbym tu podpowiedzieć jeden z takich sposobów. Mianowicie, można człowiekowi podpowiadać, aby rozpoczął własny rozwój od pochylenia się na tym swoim krzyżem, który przeklina, nad tym swoim utrapieniem, nad którym lamentuje. Bo chrześcijaństwo pozwala rozwijać się poprzez krzyż. I tu widać różnicę pomiędzy chrześcijaństwem a naturalnymi religiami plemiennymi, gdzie każdy, kto składał ofiary swemu Swarożycowi, miał zagwarantowaną od tego boga opiekę i dobrobyt. W chrześcijaństwie droga prawdziwego rozwoju wiedzie poprzez stawanie się przetapianym jak metal w rękach złotnika, poprzez stawanie się ługowanym jak płótno w rękach farbiarza. Póki się to przeklina, póki się nad tym lamentuje, człowiek się nie rozwija, stoi w miejscu. Rozwój następuje, gdy wchodzi w głąb cierpienia.

W encyklice „Laborem exercens” Jan Paweł II zawarł bardzo ważne uwagi na temat ludzkiej pracy: Pot i trud, jaki w obecnych warunkach ludzkości związany jest nieodzownie z pracą, dają chrześcijaninowi i każdemu człowiekowi, który jest wezwany do naśladowania Chrystusa, możliwość uczestniczenia z miłością w dziele, które Chrystus przyszedł wypełnić. To dzieło zbawienia dokonało się przez cierpienie i śmierć krzyżową. Znosząc trud pracy w zjednoczeniu z Chrystusem ukrzyżowanym za nas, człowiek współpracuje w pewien sposób z Synem Bożym w odkupieniu ludzkości. Okazuje się prawdziwym uczniem Jezusa, kiedy na każdy dzień bierze krzyż działalności, do której został powołany. (…)

W pracy ludzkiej chrześcijanin odnajduje cząstkę Chrystusowego Krzyża i przyjmuje ją w tym samym duchu odkupienia, w którym Chrystus przyjął za nas swój Krzyż. W tejże samej pracy dzięki światłu, jakie przenika w nas z Chrystusowego Zmartwychwstania, znajdujemy zawsze przebłysk nowego życia, nowego dobra, jakby zapowiedź nowego nieba i nowej ziemi — które właśnie poprzez trud pracy staje się udziałem człowieka i świata. Poprzez trud — a nigdy bez niego. Potwierdza to z jednej strony nieodzowność krzyża w duchowości ludzkiej pracy, z drugiej strony jednakże odsłania się w tym krzyżu-trudzie nowe dobro, które z tej pracy bierze początek. Z pracy rozumianej dogłębnie i wszechstronnie — ale nigdy bez niej.4

Ktoś by mógł powiedzieć, że to głupota próbować reklamować drogę krzyża jako sposób na pracę i życie. Nikt mądry się nie zdecyduje na drogę krzyża. Ale to nie tak. Krzyż każdy ma, a może szczególnie ten, kto w Polsce prowadzi działalność gospodarczą, pan Paweł Falicki na pewno to potwierdzi. Ale każdy ma własny krzyż, tyle że jedni zdecydują się ciągnąć go we wspólnym jarzmie z Jezusem Chrystusem, zaś inni wolą ciągnąć go w pojedynkę, przeklinając i lamentując.

Wszystko to, co opisuje Ojciec Święty, ma sens jedynie przy więzi z Bogiem. Rozwój człowieka pracy ma miejsce wtedy, kiedy ten człowiek odczytuje że realizuje Boże powołanie. Podczas krakowskiej konferencji z 18.10.2012 powiedziano wiele wartościowych uwag na temat warunków realizowania Bożego powołania. O tym mówił między innymi ks. biskup profesor Grzegorz Ryś. Powiedział między innymi:

Chrześcijaństwo zna właściwie tylko jedno powołanie – powołanie do miłości. Wszystko inne jest formą. W różny sposób to zasadnicze powołanie do miłości chrześcijanin wypełnia. (…) Jakiekolwiek powołanie, jakąkolwiek drogę życiową człowiek znajduje, to musi ostatecznie mieścić się ona w tym jednym jedynym wielkim powołaniu człowieka, jakim jest powołanie do miłości.

(…) Nie jest tylko tak, że powołanie to są tylko takie czy inne predyspozycje, które człowiek posiada. (…) Powołanie to jest zawsze wydarzenie. Człowiek, który chce patrzeć na swoje życie kategoriami powołania, musi patrzeć bardzo wyraźnie na życie duchowe i na wyzwania, które przynosi świat w którym żyjemy. (…) Powołanie przychodzi z potrzebami społeczeństwa, w którym żyjemy. Nie może być tak, że człowiek bez przerwy medytuje, co jest jego powołaniem, a świat wokoło najbliższy krzyczy: potrzeba byś zrobił to i to, lecz ten nie robi, bo bez przerwy się zastanawia. Nie wystarczy mieć predyspozycje wewnętrzne i takie czy inne uzdolnienia, żeby od razu mieć powołanie w tym kierunku.

I trzecia myśl – wezwanie które przychodzi z zewnątrz i człowiek je podejmuje, jeśli podejmuje je w sposób odpowiedzialny, to wymusi na nim rozwój pewnej predyspozycji, umiejętności i talentu. Ten sposób przeżywania powołania jest zawsze łaską. Mówiąc językiem wiary: jeśli Bóg pokazuje nam zadania, to też z reguły uzdalnia nas do ich wypełniania. Najważniejsze ostatecznie nie są takie czy inne talenty, lecz doświadczenie wspólnoty, poprzez którą Bóg wzywa człowieka do wykonywania rzeczy, o których sam siebie nigdy nie podejrzewał, że je potrafi.

Ksiądz Biskup pokazał, że człowiek podejmujący pracę jako Boże powołanie, nie jest zdany tylko na własne siły. Tak więc ów proces, który językiem antropologii filozoficznej jest nazwany integracją i transcendencją człowieczeństwa, dla teologa jest wzrostem, gdy człowiek otwiera się na Bożą łaskę. Ksiądz Biskup wskazał też na to, jak powołanie łączy się ze wspólnotą. Bóg przemawia poprzez głos wspólnoty ludzi, nie tylko poprzez osobisty dialog modlitewny. Powołanie ma też służyć wspólnocie. A im więcej ludzi świadomie realizujących powołanie, tym lepsza jakość wspólnej pracy i tym lepsze jej efekty.

Czy moja praca jest pełnieniem powołania? Czy wykonuję moją pracę razem z Bogiem, który powołuje, który mnie obdarza swoją łaską, rozwijając we mnie predyspozycje, umiejętności i talenty? Czy to jest pełnienie służby? Na te pytania każdy winien odpowiedzieć osobiście.

Dokument „Powołanie lidera biznesu – refleksja” przypomina, że nie każda praca jest realizacją powołania Bożego. W przypadku przedsiębiorców jest tam zastosowane słownictwo odróżniające dobrą i złą pracę; pracę godną powołania i będącą zaprzeczeniem powołania. Tą pierwszą, dobrą, wykonuje „lider biznesu”. Tą drugą, złą, wykonuje „spekulant”. Przedsiębiorstwo musi cechować się umiejętnością służenia wspólnemu dobru całego społeczeństwa przez wytwarzanie dóbr i oferowanie usług. Przedsiębiorstwo z natury jest skoncentrowane na innych: łączy uzdolnienia, talenty, energię z umiejętnością służenia potrzebom innych, co z kolei wspomaga rozwój ludzi, którzy wykonują pracę. W wyniku wspólnie wykonywanych zadań powstają towary i usługi potrzebne zdrowej społeczności. Lider biznesu nie jest spekulantem, lecz innowatorem. Celem spekulanta jest maksymalizacja własnego zysku; dla takiej osoby cel uświęca środki, a tym celem jest właśnie zysk. Dla spekulanta budowa dróg, szpitali i szkół to żaden cel, a jedynie droga do niego. Powinno być oczywistością, że spekulant nie jest tym liderem biznesu, którego Kościół uważałby za budowniczego dobra wspólnego. W odróżnieniu od tego chrześcijański lider biznesu przyczynia się do wspólnego dobra poprzez tworzenie prawdziwie dobrych towarów i usług, które autentycznie służą innym.5

W uzupełnieniu warto dodać, że tak jak lider biznesu może stawać się katalizatorem rozwoju człowieczeństwa swoich pracowników, tak i pracownicy mogą być katalizatorami takiego samego rozwoju własnego lidera. Dokument watykański o tym nie mówi, bo adresowany jest tylko do kadry kierowniczej. Ale w katolickiej nauce społecznej można znaleźć i to wspomniane przeze mnie uzupełnienie, na przykład w encyklice Jana Pawła II „Dives in misericordia” nr 146.

Czy w dokumencie „Powołanie lidera biznesu – refleksja”, czy w katolickiej nauce społecznej znajdzie się coś pomagającego w lepszej produkcji młotków? Jedni tam coś znajdą, inni nie znajdą. Sapienti sat.

Marek Oktaba

Przypisy:

1. Fragmenty encykliki Jana Pawła II „Redemptor hominis” (1979) numery 8 i 10: Sobór Watykański II uczy: „Tajemnica człowieka wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego. (…) Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość, jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa. I dlatego właśnie Chrystus-Odkupiciel, jak to już zostało powiedziane, objawia w pełni człowieka samemu człowiekowi. To jest ów — jeśli tak wolno się wyrazić — ludzki wymiar Tajemnicy Odkupienia. Człowiek odnajduje w nim swoją właściwą wielkość, godność i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w Tajemnicy Odkupienia na nowo potwierdzony, niejako wypowiedziany na nowo. Stworzony na nowo! (…) Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca — nie wedle jakichś tylko doraźnych, częściowych, czasem powierzchownych, a nawet pozornych kryteriów i miar swojej własnej istoty — musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do Chrystusa. Musi niejako w Niego wejść z sobą samym, musi sobie „przyswoić”, zasymilować całą rzeczywistość Wcielenia i Odkupienia, aby siebie odnaleźć. Jeśli dokona się w człowieku ów dogłębny proces, wówczas owocuje on nie tylko uwielbieniem Boga, ale także głębokim zdumieniem nad sobą samym.

2. Jan Paweł II, Encyklika „Laborem exercens” (1981), 25. Powtórzone w dokumencie „Powołanie lidera biznesu – refleksja” w numerze 7.

3. Skróty z książki ks. Józefa Majki „Rozważania o etyce pracy”, Wrocław 1997 ss. 63-64, 90-93, 98-100. Podane opisy uzupełniają obszerne treści zawarte w dokumencie „Powołanie lidera biznesu – refleksja”.

4. Jan Paweł II, Laborem exercens (1981), 27.

5. „Powołanie lidera biznesu – refleksja” 40. W ten tekst wpleciono cytat z „Kompendium nauki społecznej Kościoła” 164-167 oraz wypowiedzi kardynynała Tarcisio Bertone z dnia 16-06-2011.

6. Nawet w wypadkach, w których wszystko zdawałoby się wskazywać na to, że jedna strona tylko obdarowuje, daje — a druga tylko otrzymuje, bierze — (jak np. w wypadku lekarza, który leczy, nauczyciela, który uczy, rodziców, którzy utrzymują i wychowują swoje dzieci, ofiarodawcy, który świadczy potrzebującym), w istocie rzeczy zawsze również i ta pierwsza strona jest obdarowywana. A w każdym razie także i ten, który daje, może bez trudu odnaleźć siebie w pozycji tego, który otrzymuje.

Zobacz także głos w dyskusji:

Biznes wbrew naturze – ks. Przemysław Król SCJ

Podziel się:

O autorze



komentarzy 8

  1. ()

    Panie Marku,
    zgadzam się z Pana spojrzeniem. Zainteresowała mnie Pana znajomość encyklik i sposób ich przedstawienia w odniesieniu do rzeczywistości przedsiębiorcy. Przyznają, że często mam problem z ich zrozumieniem . Czy podjąłby się Pan ich  objaśnienia , tym którzy chcą z przedsiębiorców stać się liderami biznesu? A może mógłby Pan przybliżyć KNS?

    Pozdrawiam

  2. ()

    Panie Marku,

    Dziękuję za obszerna polemikę nasączoną cytatami z encyklik poprzedniego papieża. Zachęcił mnie Pan do ponownego przeanalizowania co najmniej ‘Laborem exercens’. Chciałbym się na temat tej encykliki kiedyś szerzej wypowiedzieć, ale obawiam się, że ogrom literatury, jaka zostawił nam bł. Jan Paweł II przytłoczy mnie tak, że się nigdy spod tego stosu pism nie wydostanę… Więc póki co, odniosę się tylko do kilku tez z Pana polemiki.

    Po pierwsze: nieprawdą jest, że jestem „przekonany, że poszczególni ludzie są istotami skończonymi, ostatecznie uformowanymi, o których już wszystko wiadomo”. Człowiek jest stwarzany z pewnymi niezmiennikami, ale życie to oczywiście jest proces, który go różnie kształtuje. Jako decydent robię niejako „fotografię stanu rzeczy” i na jej podstawie podejmuję decyzje dotyczące konkretnego człowieka. Oczywiście staram się ekstrapolować: czy ten co ma dwie kochanki wróci do żony, a ten co ma żonę i dwójkę dzieci ucieknie od nich „na Wyspy”. Czasami mi to nie wychodzi. Ale ta „fotografia” jest rzeczywiście w danej chwili niezmienna, skończona i uformowana.

    Mówi Pan o reprezentowanym przeze mnie „powszechnym widzeniu” rzekomo sprzecznym z „nauczaniem Kościoła”. Ok., ale nie zaprzeczy Pan, że to (noszące cechy prymitywnego) „powszechne widzenie” jest najpopularniejsze i precyzując je byłem wyrazicielem sporej grupy właśnie przedsiębiorców. Ponieważ przedsiębiorca zazwyczaj jest przekonany o tym, że rozumie doskonale i siebie i otaczający świat, to ten fragment „nauczania Kościoła” jest szczególnie ciężkostrawny dla liderów biznesu. Dlatego na Pana miejscu pochopnie nie dystansował bym się od takiego uproszczonego „powszechnego widzenia”. Jestem przekonany, że gdy Pan projektuje budynek, a może nawet potem buduje go – to nie ma Pan czasu na wysublimowane wątpliwości, np. czy Pan sam siebie rozumie. Trzeba szybko i dobrze wykonać pracę, ściągnąć pieniądze od inwestora, zapłacić ludziom, oddać na czas dokumentację a z wypracowanego zysku opłacić prawnika przygotowującego start do następnego przetargu…

    Przytacza Pan długą odpowiedź prof. Ryszarda Stockiego na moje „oskarżenie, iż ostatni dokument watykański nosi na sobie piętno myślenia marksistowskiego”. Proszę zwrócić uwagę, że ja w ogóle nie „oskarżałem”, tylko wskazałem, że tam są korzenie marksistowskie. Ale cieszę się, że odczytał Pan to jako „oskarżenie”, bo to oznacza, że brzydzi się Pan marksizmem tak, jak ja.

    Ten „paradoks Ratzingera” o naturalnej wierze w złotego cielca w „Fides et ratio” jest oczywiście inspirujący. Ale myślę, że prymitywni sprzedawcy młotków woleliby, by ich wiara była jednak naturalna i pozbawiona intelektualnych paradoksów. Ja tam się staram, by mi sumienie podpowiadało odruchowe i oczywiste rozwiązania zgodne z tym, czego oczekuje ode mnie Najwyższy. I staram się kształtować taki świat, bym nie musiał prowadzić „odmiennego życia”. Bo właśnie świadomością określam, projektuję i stwarzam byt. Kształtuję go tak, by był zgodny z tym, co się roi w mojej głowie i sercu. Być może moje wypowiedzi w czasie konferencji były niezręczne, ale doprawdy trudno mi zarzucić hołdowanie zasadzie określania świadomości na podstawie materialnego bytu.

    Prof. Stocki oczywiście się myli utożsamiając marksowską myśl „byt określa świadomość” z liberalizmem ekonomicznym. Najgorzej, że dodatkowo wkłada to w moje usta przypieczętowując (rzeczywiście moimi) słowami: „ja się zajmuję młotkami”. Uprzejmie zakładam, że był to skrót myślowy prof. Stockiego. Chciałbym podkreślić, że dopóki to JA się zajmuje młotkami, JA określam byty. Najpierw jest wolna (liberalna) koncepcja: będę kupował taniej młotki niż inni i będę je sprzedawał jeszcze taniej niż inni. Z różnicy cen zakupu i sprzedaży powstanie zysk. Z tego zysku pokryję koszty funkcjonowania tej koncepcji, w tym także koszty współpracowników. Taki mam pomysł i chcę go zrealizować. Taki jest mój cel ekonomiczny. I tylko taki. Jak wymyślę coś innego, to się będę zajmował czymś innym. I dopóki to JA zajmuję się młotkami, a nie młotki mną – to moja świadomość kreuje byt. Gdyby młotki przesłoniły mi świat tak, że bym nawet zapomniał o innych ludziach – wtedy rzeczywiście byt by mi określił świadomość, a tu już kończy się chrześcijaństwo.

    Pisze Pan o „złej pracy” konkludując, że „System złej pracy oznacza małą wydajność, zaniżone pensje i demoralizację pracowników.” O ile pracy rzeczywiście nie wolno oceniać jedynie w kategoriach ekonomicznych, to wyciąganie z tego wniosku, że „oznacza małą wydajność” czy „ zaniżone pensje” jest oczywiście nadużyciem. Czy mam podawać przykłady pracy niemoralnej, ale bardzo efektywnej i dobrze płatnej? Natomiast co do demoralizacji – pełna zgoda.

    Dalej przeciwstawia Pan tę „złą pracę” – pracy wykonywanej z miłością. To absolutna prawda. Piękne, ale zbyt górnolotne słowa. Bo niech Pan spróbuje powiedzieć swoim pracownikom, by wykonywali pracę z miłością. Czy koś to w ogóle zrozumie? Moim zdaniem to słowo jest „za duże” na współczesny (zdemoralizowany) świat. Jest niezrozumiałe. Jest nawet śmieszne, a na pewno ośmieszane. Dlatego roboczo uważam, że wystarczy pracować z wdzięcznością. To prostsze do zaakceptowania. I pozytywnie wiąże współpracowników.

    Pisze Pan dalej, że oddzielam godność od przedmiotu działania firmy. Tak. Właśnie tak, bo to są pojęcia z innych kategorii i nie da się ich w ogóle zestawić i porównać. Godność ludzką wiążę z Dekalogiem, który jest moim najwyższym systemem wartości. Ale firmy zakłada się nie w celu „integralnego rozwoju człowieka”, tylko w celu ułożenia relacji ekonomicznych na tym marnym świecie. „Integralnym rozwojem człowieka” zajmują się duszpasterstwa bądź poradnie psychologiczne. Tam jest masa specjalistów w tej dziedzinie. Jak się wszyscy będą zajmować wszystkim, to będzie bałagan. Pozwólmy specjalistom działać w ich dziedzinach.

    Twierdzi Pan, że mam awersję do myśli, że przedsiębiorstwo kształtuje otoczenie. Ależ ja nie neguję, że firmy wpływają na otoczenie! Więcej – uważam, że powinny wpływać na nie tak, by nie powodować w nim napięć i konfliktów. Tylko, że znowu: podstawowym celem utworzenia firmy nie jest pacyfikacja napięć społecznych w otoczeniu ani ochrona wymierającego gatunku jakiegoś żuczka w pobliskim lesie tylko organizacja życia ekonomicznego. W drastycznych przypadkach przy budowie nowego mostu giną nie tylko żuczki, ale prawdziwi ludzie! A jednak mosty się buduje, bo wszyscy uważamy, że dobro spowodowane istnieniem struktury generującej ład ekonomiczny jest wyższe nawet od życia ludzi. Tylko proszę mi nie imputować teraz, że chciałbym wybudować rękami więźniów politycznych Kanał Biełomorski. Są granice ekonomicznej efektywności i dobrze to rozumiem.

    Co do wspomnianego przez Pana referatu ks. dr Jana Machniaka: staranie się o udział w prorockiej, kapłańskiej i królewskiej misji Chrystusa jest ogólnie słuszne zawsze. To był bardzo ciekawy referat, dobry do wygłoszenia na wielu konferencjach (żeby nie powiedzieć: na każdej konferencji) ale bez konkretnego przełożenia na działania akurat przedsiębiorcy. Ładnie Pan go „podciągnął” pod wirtualną fabrykę młotków, ale – zgodzi się Pan chyba – można by analogicznie „podciągnąć” te tezy pod każdą inną sferę działalności człowieka.

    I znów wraca w Pana tekście jakiś niedobry i godny potępienia „światowy sposób myślenia”. Nie za bardzo to rozumiem. Pisze Pan tak: „Naturalny, światowy sposób myślenia nieuchronnie rodzi ubóstwo, niską jakość, wzajemną wrogość między ludźmi, rozmaite sposoby nadużywania i wyzysku. Po to, aby dobrze zarobić na produkcji i handlu młotkami, trzeba by działać w sposób nienaturalny, drogą budowania Królestwa Bożego. Teologowie wskazują, że w niebie będziemy pracować, a więc również i produkować młotki. Pracować tak, jak Adam pracował w rajskim ogrodzie; skoro Biblia mówi, że kopał rowy nawadniające, to musiał używać i młotka, choćby do zbijania szalunków przy budowie urządzeń wodnych.”

    To już Pan przesadził, Panie Marku. Przykleja Pan pejoratywne znaczenia do słów, które zawsze brzmiały i brzmią pozytywnie. Zarówno „naturalny”, jak i „światowy” to przecież same plusy. Niech Pan napisze wprost: „prymitywny” i „kosmopolityczny” – będzie wiadomo, o co chodzi. To już nie można budować Królestwa Bożego ‘naturalnie’ ??? Poza tym jakoś nie mogłem znaleźć w Biblii o tych rowach nawadniających, ale rozumiem, że to bliskie Pana sercu z przyczyn zawodowych. Jednakowoż zbyt dalekich wniosków bym nie wyciągał, bo do szalunków potrzebna by była produkcja desek, a więc piły i chyba inne narzędzia, a Biblia słabo wyjaśnia, jak była produkcja stali tuż po wygonieniu Adama z Raju…

    Dalej mamy o integracji. Ale Pan od razu wrzuca „transcendencję” i sugeruje Pan: „Warto by ów zakład pracy jakoś partycypował w tym wzroście człowieczeństwa.” No, no – ładna stylistyka. „Zakład pracy”. To Panu zostało pewnie z poprzedniej epoki. Nie natrząsam się, bo sam też wpadam w takie pułapki językowe. Więc proszę się nie dziwić, że autorzy ‘Powołania lidera biznesu’ też są ukąszeni socjalistyczno-marksistowskimi ideami. One niestety tkwią w języku, jakim się posługujemy… A co do partycypacji: być może nawet można to nazwać „wzrostem integracji i transcendencji” – cokolwiek by to miało znaczyć. I tak przecież wszyscy w firmie „jedziemy na tym samym wózku” tworzonej wokół nas ekonomicznej strefy. Proszę zwrócić uwagę, że w swoim referacie odnosiłem się jedynie do naiwnego pytania z rachunku sumienia o zadbaniu o nowe kwalifikacje pracownika w sytuacji, gdy prawdopodobnie straci on zatrudnienie. Jak firma ma kłopoty, to mniej zajmujemy się „transcendencją pracowników”, a bardziej ratowaniem firmy, prawda?

    A teraz jeszcze o tym Krzyżu, co to go każdy niesie. Pisze Pan tak: „Krzyż każdy ma, a może szczególnie ten, kto w Polsce prowadzi działalność gospodarczą, pan Paweł Falicki na pewno to potwierdzi. Ale każdy ma własny krzyż, tyle że jedni zdecydują się ciągnąć go we wspólnym jarzmie z Jezusem Chrystusem, zaś inni wolą ciągnąć go w pojedynkę, przeklinając i lamentując.”

    Właśnie nie! Nie potwierdzę ogólnej wymowy tego fragmentu i poprzednich akapitów, mimo że cytuje Pan ‘Laborem exercens’. Praca, nawet trudna, znojna, w pocie i bólu – musi być radosna. Musi dawać satysfakcję, musi cieszyć. To wcale nie „pot i trud”! I taką właśnie pracę chcę kreować wokół siebie. Do takiej pracy zachęcam ludzi. Przekonanie o tym, że praca jest przekleństwem i jakąś karą – jest dramatycznie błędne. To pochodzi z przełomu XIX/XX wieku z bardzo niedobrej ideologii. Panie Marku, proszę się nie przejmować: nie tylko Pan, ale także Jan Paweł II też temu trendowi ulegał. (Piszę specjalnie delikatnie „ulegał”, a nie „błądził”, bo w Polsce, a tym bardziej w Krakowie to chyba już jest grzech ciężki nie zgadzać się z jakąś tezą bł. Jana Pawła II…) Nie wiem jak Pan, ale ja codziennie z radością i uśmiechem idę do firmy. Idę do fajnej pracy a nie do ciężkiej roboty. Czekają mnie nowe, wspaniałe wyzwania. Zmieniam świat, kreuję otoczenie, jestem „przedłużeniem ręki Stwórcy” – i to mnie najbardziej motywuje i cieszy. W mojej firmie nie ma miejsca dla smutasów, którzy przeklinają i lamentują. I daleki jestem od utożsamiania się tutaj z cierpiącym Chrystusem, który niesie Krzyż. Mam oczywiście niepowodzenia i wtedy zwracam się do Boga o pomoc a za sukcesy Mu dziękuję. Ale z tymi swoimi drobnymi problemikami do pięt nie dorastam Panu Jezusowi w Ofierze, jaką złożył. Po to dostałem rozum, by rozwiązywać problemy a nie kwękać i udawać przed samym sobą, że cierpię tak, jak On.

    Panie Marku – ja nie jestem zbytnio uduchowionym stworzeniem. Jestem pragmatykiem i chciałbym się pragmatycznie dostać do Nieba. Myśli Pan, ze jak ktoś nie umie zacytować fragmentów prac Jana Pawła II, to św. Piotr go tam nie wpuści…???

    Pozdrawiam ciepło i jeszcze raz dziękuję za wszystkie uwagi.

  3. ()

    Pan Paweł Falicki zdanie po zdaniu krytycznie odniósł się do mojego tekstu, za co dziękuję, ale czego nie będę kontynuował. Różnimy się między sobą, w czym zapewne nie ma niczego złego. Wbrew panu Pawłowi a zgodnie z prof. Stockim opowiadam się za awersją względem tego co „naturalne” i „światowe”, idąc tu za św. Pawłem; gdyby była potrzeba mogę na ten temat wypowiedzieć się szerzej, ale to wymaga osobnego tekstu, za zgodą Administratora Strony. Tutaj jedynie powtórzę swoje przekonanie, że „naturalność” i „światowość” musi oznaczać marne wyniki gospodarcze oraz paskudne problemy społeczne. Smutasi, którzy przeklinają i lamentują to jest właśnie dobry przykład działania w sposób „naturalny” i „światowy”, zaś postawa nienaturalna, ewangelijna to jest złożyć swoje smutki na ołtarzu realizując swoje kapłaństwo powszechne i w pracy być radosnym. A to że w życiu nie ma potu i łez, to pic na wodę, w który chyba sam Pan nie wierzy. Krzyż ma każdy człowiek (chociaż każdy ma inny krzyż), ale „naturalny” i „światowy” sposób postępowania to go przeklinać.

    Z ogromnym zaciekawieniem przeczytałem propozycję pana Zbigniewa Sobkiewicza, abym miał przybliżać KNS. Proszę o skonkretyzowanie i oczywiście jestem do dyspozycji, ewentualny kontakt bezpośredni za wcześniejszym pobraniu danych od Administratora Strony. Ja sam widzę wielką potrzebę wypracowywania nowego języka przekazu społecznej nauki Kościoła, bo standardowy język stosowany w homiletyce parafialnej ma szereg niedostatków. Tutaj wypada się zgodzić z tezą pana Pawła Falickiego, że wykłąd ks. prof. Machniaka był bez konkretnego przełożenia na działania przedsiębiorcy. Po części problem leżał w braku stosownego języka, bo jeżeli poszczególne wykłady są wygłaszane w różnych językach, tworzy to niespójność. Warto by zaryzykować i dać ten sam temat do wygłoszenia właśnie przedsiębiorcy – może ten znajdzie nowe słowa, które przeskoczą przepaść międzyjęzykową. Prawdopodobnie taka była intencja z którą zwrócił się do mnie pan Zbigniew. Są książki, są encykliki, ale trochę brakuje miejsc gdzie można by się włączyć do żywej dyskusji na ich temat, dyskusji z bezpośrednim przełożeniem na działania przedsiębiorcy.

    O tym, że Adam kopał kanały nawadniające, Biblia pisze w Rdz 2,6.

  4. ()

    Przepraszam; wcześniej postanowiłem sobie nie zajmować się wzajemnym „chwytaniem za słowo” z panem Pawłem Falickim, ale jednak jest jedna ważna rzecz, która mi nie daje spokoju. Stanowczo nie zgadzam się z taką wizją społeczeństwa, w której to społeczeństwo jest masą kliencką obsługiwaną przez specjalistów; taka wizja pobrzmiewa mi w słowach pana Pawła o tym, że integralnym rozwojem człowieka zajmują się duszpasterstwa bądź poradnie psychologiczne. Specjaliści są potrzebni, ale potrzebne jest też wolontarystyczne zaangażowanie obywatelskie. To, że nasz dzisiejszy świat jest taki do chrzanu, wynika między innymi z tego, że ludzie przeszli na pozycje klientów których trzeba obsługiwać. Ludzie wystosowują roszczenia, zamiast brać odpowiedzialność za świat.

    Mam w ręku najnowszy numer jednego z tygodników, z którego wypiszę tu dłuższy cytat. „Marek Nowakowski napisał swego czasu eseik o przedwojennym Grodzisku Mazowieckim,. Samo wymienianie licznych organizacji samopomocowych i samokształceniowych, kulturalnych i zawodowych, towarzystw ziemiańskich i włościańskich, sportowych, dobroczynnych etc. działających w okresie II RP w tym niewielkim przecież miasteczku zajęło mu kilkanaście stron. A Grodzisk nie był żadnym wyjątkiem. II RP miała bardzo silną tkankę obywatelską, jej ruchy polityczne zakorzenione były głęboko i wrastały mocno w społeczeństwo. Było to owocem tamtej aktywności, pracy u podstaw, rozpoczętej po klęsce powstania styczniowego.” Tego właśnie dzisiaj nam brakuje. Zamiast tego mamy płytką mentalność ekonomistyczną, patrzenie w kategoriach krótkofalowego zysku, i oczekiwanie, że nasze problemy rozwiązywać będą specjaliści.

    Z niepokojem obserwuję, że sami specjaliści ochoczo podchwytują te oczekiwania, że są oni zbawcami ludzkości. Głośno potwierdzają, że bez profesjonalnego specjalistycznego przygotowania można narobić bardzo wiele złego. To twierdzenie jest to jednak tylko wąski wycinek prawdy. Potrzebna jest szeroka sieć wsparcia, sieć zaangażowania, w której oczywiście potrzebni są specjaliści, ale jako moderatorzy tej sieci, a nie jako zbawcy załatwiający za ludzi ich problemy. To tutaj dotykamy istoty personalizmu. Tam gdzie własny los oddaje się w ręce specjalistów tam nie ma personalizmu. Ale taka jest powszechna mentalność, również w zakładach pracy. Typowy pracownik spodziewa się, że ktoś tam z góry będzie brał na siebie odpowiedzialność, tego naród nauczono. Zauważmy jaki tu rozziew pomiędzy stanem z przedwojennej Polski.

    Ocieramy się tu o pytanie pana Zbigniewa Sobkiewicza, czy ja, architekt, mógłbym jakoś przybliżyć (komuś) katolicką naukę społeczną. To pytanie idzie wbrew powszechnej mentalności, że nasz los winniśmy oddać w ręce specjalistów – w tym wypadku w ręce duszpasterzy, najlepiej z doktoratami socjologicznymi. Pytanie kierowane jest do amatora, od przedsiębiorcy do przedsiębiorcy. W tle pytania jest nasz wspólny amatorski wysiłek aby pewne rzeczy lepiej zrozumieć. W tle pytania jest wzięcie na siebie odpowiedzialności za swoje życie i za swoje otoczenie. Powtarzam, że specjaliści, duszpasterze są potrzebni, ale obok tego powszechny jest amatorski ruch pracy u podstaw. Prawdziwy, dobry specjalista jest moderatorem, a nie zbawcą.

    Kiedy ponownie wczytuję się w tekst wykładu pana Pawła Falickiego, kiedy czytam posty tych którzy go chwalą, słyszę szum upuszczanej krwi – niegdyś leczono poprzez upuszczanie złej krwi. Mentalność kliencko roszczeniowa z jednej strony zrzuca odpowiedzialność na specjalistów, ale z drugiej strony powoduje, że żaden problem nie jest rozwiązany, bo to oczywisty absurd by sami specjaliści mogli problemy rozwiązać. Tak więc w narodzie zbiera się zła krew. Zła krew na polityków, którzy nie rozwiązali naszych problemów. Zła krew na duszpasterzy, którzy nie wprowadzili na tej ziemi Królestwa Niebieskiego. Ta zła krew szumi, upuszczana, wśród słów skargi na specjalistów, wśród rozczarowania że specjaliści nie radzą sobie z odpowiedzialnością za nas samych, którą przekazaliśmy w ich ręce. Jest to również żal do duchownych, do Papieskiej Rady „Justitia et Pax”. Och, ktoś im wreszcie przyłożył – jak to dobrze.

  5. ()

    Panie Marku,
    szczerze powiem, że nie wiem co się mieści w ramach KNSu. Jest to bardzo obszerne i nie wiem jak to „ugryźć” :). Mamy więc dwie drogi przybliżenia tej nauki:
    1) systematycznie, zaczynając od syntetycznego obrazu KNSu
    2) od dowolnego miejsca, np takiego które Pan najbardziej ceni czy lubi. Przy takim braku wiedzy i ta metoda się sprawdzi :)

  6. ()

    Panie Marku,

    przecież nie musimy krok po kroku komentować nawzajem swoich błędnych poglądów, prawda? Nikt też Panu nie broni „pracować u podstaw”, nawet intensywniej, niż pisze o tym cytowany przez Pana ostrożnie Rafał Ziemkiewicz. Z pewnością taki oddolny amatorski ruch, nawet w próbach wyjaśniania tez KNSu, czy – wprost – Biblii, nie jest niczym złym, tym bardziej, jeśli ma moderatora-profesjonalistę. Nawet spotkania ‚Talentu’ są takim trochę „wolontarystycznym zaangażowaniem obywatelskim”. I na nich pewnie i Pan i ja próbujemy skonfrontować nasze poglądy z poglądami innych uczestników.

    Jednakowoż w sprawach naprawdę konkretnych nadal będę zwracał się do specjalistów. Jak będę potrzebował projekt budynku, to zwrócę się do Pana firmy, a nie będę tworzył go sam. W sprawie: „co się mieści w ramach KNSu” – mam nadzieję, że ustalicie to z p. Zbigniewem (bo tu wydaje się, że każdy może być specjalistą, być może nawet bez moderatora?). Natomiast w sprawie rzekomego „kopania kanałów nawadniających” przez Adama – zwrócę się raczej do jakiegoś biblisty niż do Pana, bowiem po wpisaniu do Googla „Gen. 2,6” nabrałem poważnych wątpliwości co do teorii melioracji terenów przeznaczonych przez Pana Boga pod Eden…:-)

    Pozdrawiam życząc dużo optymizmu

  7. ()

    Zapraszam do czytania książki o katolickiej nauce społecznej którą napiszemy wspólnie Zbyszek Sobkiewicz i ja. Jak wstępnie zakładamy to będzie dwanaście rozdziałów, każdy jako dwa osobne teksty – dwugłos; pierwszy tekst z licznymi cytatami z Biblii oraz nauczania Kościoła, drugi tekst podejmujący ten sam temat w oparciu o doświadczenie szkoleniowca, z licznymi przykładami z życia firm. Problem jest taki, że to dopiero będziemy pisać, a nawet kiedy napiszemy to nie wiadomo czy znajdą się pieniądze na druk. Proszę o modlitwę w naszej intencji.

    Uważamy, ze omawiany ostatni dokument Rady Justitia et Pax trafia w sedno sprawy opisując „życie podzielone”; takim życiem żyje większość ludzi pracy, tak szefów jak i pracowników. Niestety ci ludzie nie wiedzą że żyją życiem podzielonym. Zapewne wielu z nich może powiedzieć: co miesiąc chodzę do konfesjonału, co środę chodzę na spotkanie wspólnoty, nikt mi nigdy nie mówił o żadnym życiu podzielonym, proszę mi nie robić budyniu z mózgu. W formule dyskusji na tej stronie internetowej trudno wchodzić w role kogoś kto wpiera że wcale nie jest OK. Tym bardziej trudno by tu organizować śledztwo kto jest winny, kogo by należało pociągnąć do odpowiedzialności za to, że większość ludzi żyje życiem podzielonym. Nie jest to moja rolą i podobnie zapewne oceni sprawę Zbyszek. Dlatego siadamy do pisania książki, aby starannie wyrazić to, do czego my dwaj jesteśmy przekonani. Nie będziemy tego pisali przeciw oponentom, tak jak tutaj w tej dyskusji internetowej unikamy wchodzenia w boksowaninę. Kto by miał szczerą chęć dowiedzieć się czegoś nowego, zapewne już to mógł znaleźć w naszych postach; jeżeli nie znalazł to być może dlatego że posty nie mogą być długie, a może nie potrafiliśmy się dosyć sprawnie wysłowić. Kto jest przekonany że ma czyste sumienie, niech nie oczekuje że będziemy mu w tym sumieniu mieszali. Płytka hasłowa szermierka na posty nie zastąpi prawdziwego wypłynięcia na głębię i stąd będziemy próbowali napisać coś większego.

  8. ()

    Oczywiście czekam z niecierpliwością na tę pracę życząc, by sprzedawała się jak świeże bułeczki ze względu na swoją treść i przyniosła spory ZYSK, który pozwoli spłacić z nawiązką pożyczkę zaciągniętą na druk. Życzę również, by uzyskała w krótkich abcugach ‚imprimatur’ oraz ‚nihil obstat’ od właściwego dla miejsca wydania cenzora kurialnego, by nikt już nigdy nie miał wątpliwości, że niesie ona cenne i właściwie rozumiane treści. Trzymam kciuki za „prawdziwe wypłynięcie na głębię” i kończę „płytką hasłowa szermierkę na posty”.

    ps: Tylko nie odpływajcie za daleko od brzegu, żeby nie trzeba Wam rzucać potem kół ratunkowych…:-)

Dodaj swój komentarz

Komentarze niepodpisane imieniem i nazwiskiem nie są publikowane.

© 2011 Duszpasterstwo Talent. All rights reserved.

Szanujemy Twoją prywatność.